Czterdzieści nóg Szahmerana 5

DŻIHANSZAH

Belkıya stał przed śnieżnobiałym marmurowym budynkiem. Wznosił się pośrodku pustkowia jak biały czar, pustynny sen, oślepiająco lśniący. Przy jego bramie stał młody, przystojny mężczyzna, ubrany w białe jedwabie, z włosami i brodą nieobcinanymi od wielu lat.

Daleko od wszystkiego, blisko śmierci.

— Witaj w tym klimacie, nieznajomy — powiedział. Belkıyowi spodobało się to powitanie.

— Człowieka azjatyckiego nie określa ojczyzna, lecz jego klimat — dodał z uśmiechem. — Między granicami mogą być trzy lub cztery kroki, albo wcale; przed rowem czy murem to również tylko kilka kroków. Ale między klimatami leżą stulecia i całe światy. Na przykład to, że ja strzegę tej bramy, a ty idziesz tą drogą, w innym klimacie nie miałoby żadnego sensu. A jednak rozpoznajemy się poprzez nasze wewnętrzne pustynie, nasze milczenie i opowieści snute podczas długich nocnych wędrówek.

Ich spojrzenia się spotkały.

Dwaj mężczyźni, którzy stali się już bohaterami własnych historii, dotknęli się opuszkami palców.

Dżihanszah przyjął Belkıyę w swoim domu. Jedli, pili i rozmawiali. Najpierw mówił Belkıya. Dżihanszah słuchał bez słowa. Z błysku w jego oczach Belkıya czuł, że rozumie wszystko, co mówi. Rozpoznawali się poprzez własne życia.

Potem zaczął mówić Dżihanszah. (W dawnych czasach ludzie w ten sposób przekazywali sobie swoje życie.)

Był jedynym synem Tahmur Saha, władcy Gülistanu.

— Przez długi czas mój ojciec, Tahmur Sah, nie mógł mieć dzieci. Bardzo tego pragnął i często popadał w smutek. Pewnego dnia jego wezyr Hajjaj, biegły w sztuce wróżenia, powiedział mu: „Król Chorosanu ma córkę. Ona również jest jedynaczką. Urodziła się po wielu latach oczekiwania, po niezliczonych trudnościach i czarach. Jeśli się z nią ożenisz, będziesz miał syna…” Tak się narodziłem i nazwano mnie Dżihanszah, czyli władca świata. Cały pałac starał się zapewnić mi najlepsze wychowanie. Pewnego dnia, gdy mój ojciec był już bardzo stary, przekazał mi tron. A ja osiągnąłem wiek i mądrość, by go objąć.

— Ale miałem jedną pasję, głęboką i dziką: polowanie…

— Dlaczego polowanie? — mógłbyś zapytać.

Bo od chwili narodzin dano mi wszystko, czego mogłem potrzebować. Niczego mi nie brakowało. Nie musiałem się o nic starać. Nawet najmniejsze moje pragnienia były natychmiast spełniane. Dlatego polowanie stało się dla mnie ważniejsze niż cokolwiek innego. Było moim jedynym prawdziwym związkiem z życiem. W polowaniu czekało na mnie nieznane: nie wiedziałem, co się pojawi, z czym się spotkam. Spod którego drzewa, z której jamy wyjdzie to, co ścigam? W polowaniu tkwiła magia niewiedzy. Lubiłem godzinami ścigać zwierzę i zastawiać na nie pułapki. Było w tym coś, co zdobywałem własnym wysiłkiem. Sprawdzałem swoją siłę, stawałem z nim twarzą w twarz. Doświadczałem pewnej samotności.

Pewnego dnia, podczas jednego z tych niekończących się dni polowania, w ukrytym zakątku lasu pojawił się jeleń. Był piękniejszy, bardziej majestatyczny i dumny niż jakiekolwiek zwierzę, jakie kiedykolwiek widziałem. Jakby nie był jednym jeleniem, lecz ucieleśnieniem wszystkich jeleni. W jego wąskich, rozmarzonych oczach dostrzegłem dumną i zakochaną inteligencję. Na jego długich, rozgałęzionych porożach zdawał się spoczywać cały świat. Musiałem go zdobyć. Nigdy w życiu nie pragnąłem niczego tak bardzo.

Ruszyliśmy w pogoń. Galopowaliśmy godzinami. Pojawiał się przed nami i znikał. Nie dało się go dogonić — i to tylko zwiększało moją namiętność. Większość moich żołnierzy była wyczerpana. Nie podzielali mojego zapału. Wszyscy czekali tylko na mój rozkaz: „Wracać!”. Gdy dotarliśmy do brzegu, ledwie rozpoznałem, że to już morze. Nie widziałem nic poza jeleniem. Skakał wzdłuż wody, po czym, ogarnięty strachem, rzucił się do morza i popłynął na wyspę. Była to Wyspa Jeleni, na którą odtąd nie postawił stopy żaden człowiek.

Skąd mogłem to wiedzieć? A gdybym wiedział, czy zmieniłoby to moją decyzję? Nie wiem… W namiętności takie pytania nie mają miejsca, dobrze o tym wiesz. Namiętność jest sama i naga. Istnieje sama w sobie i dla siebie.

Większość koni została ranna. Moi żołnierze byli złamani wyczerpaniem. Jednak natychmiast kazałem zbudować łódź i z tymi, którzy jeszcze mieli siły, przeprawiliśmy się na wyspę.

Skąd mogłem wiedzieć o klątwie zabicia jelenia? W drodze powrotnej z ciałem jelenia zmienił się dźwięk wiatru. To nie było już morze, które znaliśmy. Zerwała się potężna burza. Przez wiele dni byliśmy miotani pośrodku oceanu. Burza była jak potop. Nie zatonęliśmy ani nie utonęliśmy, lecz byliśmy rzucani między strachem a cierpieniem. W końcu burza ucichła, a wiatr wyrzucił nas na inny brzeg.

Zrozumiałem, że to inny klimat, że zaczyna się długa, przeklęta przygoda.

Ci, którzy zostali na brzegu, wrócili i opowiedzieli mojemu ojcu, co się stało. Haddżadż przeprowadził wróżbę i powiedział:

— Twój syn żyje, ale do swojej ojczyzny powróci dopiero po latach, po niezliczonych przygodach.

Po tym mojemu ojcu nie pozostało nic innego, jak cierpliwie czekać.

 

WŚRÓD MAŁP

Przez wiele dni wędrowaliśmy od wybrzeża w głąb lądu, aż dotarliśmy do marmurowej twierdzy z żelaznymi bramami. Twierdza wydawała się pusta; myśleliśmy, że jest opuszczona. Przechodziliśmy przez domy, ulice i dziedzińce. W końcu weszliśmy do pałacu, ale on również był pusty. Uderzyła nas całkowicie marmurowa architektura oraz dźwięk wody płynącej wszędzie. Krystalicznie czysta, lśniąca woda płynęła nieustannie. Przepływała wąskimi kanałami i cienkimi bruzdami do szerokich basenów, a stamtąd rozlewała się po całym mieście.

Weszliśmy do wielkiej sali pałacu. Pośrodku stał ogromny, ozdobny tron wysadzany klejnotami. Moi ludzie posadzili mnie na tronie i otoczyli mnie, gdy nagle wpadła gromada małp — nie wiedzieliśmy, skąd się wzięły. Przestraszyliśmy się, ale nie było ku temu powodu. Małpy powoli się zbliżyły, ucałowały brzeg mojego płaszcza i pokłoniły się.

Co robiły te małpy w tak uporządkowanych budowlach, w tym cywilizowanym mieście? Czy one stworzyły tę cywilizację, czy tylko ją przejęły po wytępieniu pierwotnych mieszkańców? Nie wydawały się jednak mieć wojowniczej natury. Wkrótce każda z nich przyprowadziła siedem osiodłanych psów wielkości mułów. Małpy, które później poznałem jako moich poddanych, wydawały dzikie dźwięki i próbowały coś przekazać rękami i nogami.

W końcu dosiedli psów i ruszyliśmy w stronę wzgórza. Na jego szczycie marmurowy pomnik lśnił w porannym świetle, oślepiająco błyszcząc i wznosząc się ku niebu.

Inskrypcja na nim wszystko wyjaśniała:

„O człowieku!

Tak jak ty, i ja dotarłem tutaj, podążając drogą swojego losu. Zostałem królem tych małp. Cały ten region znalazł się pod moją władzą. Minęły długie lata, zanim zdołałem rozszyfrować tajemnicę tego miejsca. Te małpy były kiedyś ludźmi. Założyły to miasto, lecz z dnia na dzień ulegały zepsuciu, traciły swoje wartości, zapomniały prawdy; zło, okrucieństwo, nieufność i destrukcja zaczęły nad nimi panować. Nikt nikomu nie ufał; wszyscy żyli z krwi i pracy innych. Wrogość, tyrania, tortury, kłamstwo i oszustwo stały się codzienną rzeczywistością. Tych, którzy próbowali poprowadzić je z powrotem na właściwą drogę i zreformować ich społeczeństwo, zabijano. Wtedy spadł na nie gniew Boga. Ponieważ nie zasługiwały już na to, by być ludźmi, ponownie stały się małpami i musiały przejść całą ewolucję od początku.

Rządzenie nimi jest jednocześnie trudne i łatwe. Są związane z człowiekiem, ponieważ pamiętają swoją przeszłość i chcą znów stać się ludźmi. Ale nie kochają naprawdę. Bo podziw nie jest miłością. Potrzebują przewodnictwa. Nie potrafią rządzić sobą; zawsze muszą słuchać rozkazu kogoś innego. Kiedy zostają same, nie potrafią wydostać się z chaosu. Gdy ktoś nad nimi stoi, cokolwiek powie lub zrobi, klaszczą; są małpami, nie mają własnych myśli, uczuć, pragnień, wartości ani prawdy. Tylko się naśladują; wcale się nie kochają, ale mimo to się naśladują. Uważają podobieństwo i całkowitą jednolitość za cnotę. Dlatego żadna z nich nie może być ich przywódcą.

Nawet nie myśl o ucieczce stąd, ponieważ:

Na południu trafisz do krainy istot ghul-yabani [ghul = demon, yabani = dziki, obcy]. Są to istoty, które nie znalazły swojego miejsca na świecie. Żywią nieskończoną nienawiść do ludzi, ale jeszcze bardziej nienawidzą małp. Ponieważ choć miały szansę stać się ludźmi, zmarnowały ją. Dlatego często atakują krainę małp.

Na wschodzie napotkasz gniew ognia i płomieni, ponieważ jest to kraina wulkanów. Nie ma pamięci; niszczy wszystko, aby istnieć. Dlatego nie ma przeszłości ani przyszłości. Gdy ponownie widzi to, co zniszczyła, wpada w całkowitą furię.

Na północy trafisz do krainy mrówek. To rozwinięty gatunek, wielkości psów. Mogą istnieć tylko dzięki pracy; nie kochają siebie, tylko swoją pracę. Żyją w małym, ciasnym świecie. Nie lubią być dotykane. Choć poruszają się w grupach, większość z nich nawet się nie zna. Są uciskane, nieszczęśliwe i ponure. Noszą w sobie głęboką rozpacz i gniew. Ludzi w ogóle nie lubią. Jeśli pójdziesz na północ, rozszarpią cię i pożrą.

Na zachodzie czeka cię droga śmierci, szlak Siedmiu Mórz. Nikt stamtąd nigdy nie wrócił.

Najlepszą drogą dla ciebie jest zostać tutaj.

Umrzyj tutaj.”

Pod końcem inskrypcji znajdował się grób. Zrozumiałem: stąd nie ma ucieczki. Nie pozostaje mi żadna inna nadzieja, jak tylko przyzwyczaić się do tego nowego życia.

Choć byłem królem wśród małp, nie byłem szczęśliwy. Dni spędzałem na poznawaniu okolicy i szukaniu sposobu ucieczki. Czekałem na okazję. W tym czasie stoczyliśmy kilka bitew z ghul-yabani; były krwawe, ale moja obecność ich odstraszała. Małpy zaczęły mi ufać. Były tak szczęśliwe, że myślały, iż ja też jestem szczęśliwy.

Wiosną wyruszyłem na kontrolę graniczną wraz z moimi ludźmi i kilkoma małpami na północ. Po długim namyśle wybrałem w końcu północną drogę ucieczki. Wiedziałem, że to bardzo niebezpieczne przedsięwzięcie.

Pozostałe kierunki prowadzą do pewnej śmierci.

Ale północ daje możliwość walki: można walczyć albo umrzeć. Bardziej ludzka możliwość… śmierć i odrobina nadziei.

Na granicy świętowaliśmy obficie winem. Celem było upicie małp i uczynienie ich nieszkodliwymi. Rozpaliliśmy wielki ogień, zgromadziliśmy się wokół niego, jedliśmy i piliśmy, a potem małpy zasnęły. Ja i moi ludzie ruszyliśmy galopem w stronę krainy mrówek. Podróż trwała dni. Wszystko było puste i jałowe. Nie widzieliśmy ani budynków, ani mrówek. Wszystko było opuszczone, puste i niepokojące. Napięcie było wyczerpujące. Czekaliśmy tylko, aż pojawią się mrówki i rozpocznie się walka. Pewność starcia byłaby lepsza niż ta czysta niepewność.

Dotarliśmy do wielkiej skalistej równiny, gdy nagle pojawiły się przed nami mrówki wielkości psów. Miały wielkie pyski, silne szczęki i ostre zęby. Widziałem, jak kilku moich ludzi zostało rozszarpanych i pożartych na moich oczach, ale ostatecznie z trudem je odparliśmy i ruszyliśmy dalej.

Wiedzieliśmy już, że nas śledzą, i pozostawaliśmy czujni.

Kilka dni później znów zostaliśmy zaatakowani.

Tym razem było ich więcej i były bardziej dzikie. To, że wcześniej zdołaliśmy im uciec, doprowadziło je do wściekłości.

Moi pozostali ludzie i nasze konie zostali rozszarpani na kawałki. Uratowałem się tylko ja. Uciekałem jak szaleniec, nie wiem jak długo, aż dotarłem do rzeki.

Po drugiej stronie rzeki znajdowało się przyjazne miasto z olśniewająco białymi budynkami. Ale rzeka blokowała mi drogę i nie pozwalała przejść.

Półodwrócony, szukałem jakiejś drogi, mostu lub brodu.

Jeśli mrówki mnie dogonią, nie pozostanie mi nic innego, jak rzucić się do rzeki.

Nagle przypomniałem sobie tego jelenia. On również utknął na brzegu morza, gdy go ścigaliśmy.

Wtedy byłem myśliwym; teraz stałem się zwierzyną.

I to, czego wtedy nie zrozumiałem, teraz zrozumiałem.

Oboje pozostaliśmy bezradni na brzegu wody.

W tamtej chwili poczułem, że cała moja przygoda wydarzyła się tylko po to, by doprowadzić mnie tutaj, do tej wody, i skonfrontować mnie z jeleniem.

Może właśnie to nazywa się przeznaczeniem.

Cały dramat ludzkiej egzystencji wynika z tego, że nasza własna historia nie przecina się z historiami innych.

Po raz pierwszy pomyślałem o tym tam, nad brzegiem wody.

Gdy o tym myślałem, po drugiej stronie rzeki pojawił się stary człowiek:

– Na próżno próbujesz, obcy – powiedział. – Ta rzeka w nocy wzbiera, dlatego nazywa się ją Rzeką Nocną; w dzień jej wody się cofają i koryto wysycha. Jeśli przeżyjesz do rana, możesz ją przekroczyć. Teraz zbliża się noc, a puls rzeki staje się coraz silniejszy…

Wydawało się, że nie pozostaje mi już żadna nadzieja poza czekaniem na ranek.

I rzeczywiście: rano woda się cofnęła, jej dźwięk ucichł i osłabł, a koryto rzeki wyschło. Przeszedłem na drugą stronę i wszedłem do miasta.

Wszystko było zamknięte. Wszyscy zamknęli się w swoich domach. Nikt z nikim nie rozmawiał.

Najpierw myślałem, że to przeklęte miasto. Potem otworzyłem lekko uchylone drzwi. Gospodarz, jego żona i dzieci siedzieli przy stole i jedli. Zaprosili mnie także.

Na moje pytanie odpowiedzieli:

– To miasto nazywa się Nehrevan. Jesteśmy ludem Mojżesza. Dziś jest sobota, dzień święty. Bóg zakazał nam łowić ryb w sobotę. Dlatego zarzucaliśmy sieci w piątek, a wyciągaliśmy je w niedzielę. Był to mały ludzki podstęp; ale Bóg bardzo się na nas rozgniewał i ukarał nas. Odebrał nam wodę, dlatego rzeka wyschła. Cała woda została wygnana do nocy.

Tej nocy byłem ich gościem.

Następnego dnia wraz z gospodarzem chodziłem po bazarze. Szukałem drogi powrotnej do domu, znów wśród ludzi. Drżałem z radości. Tęskniłem za ojczyzną, towarzyszami, moim dawnym życiem.

Na bazarze wszyscy zgromadzili się wokół mnie i słuchali mojej historii. Byli nią zafascynowani; patrzyli na mnie jak na bohatera z opowieści.

W tym czasie ulicami chodził woźny i krzyczał:

– Kto chce zdobyć piękną niewolnicę wartą tysiąc złotych monet, niech idzie za mną!

Zaproszenie wzbudziło moje zainteresowanie. Obwoływacz zaprowadził mnie do domu kupca. Posadzono mnie przy bogato zastawionym stole, pełnym wyśmienitych potraw, słodyczy i starannie dobranych napojów. Następnie przysłano do mnie młodą niewolnicę. Od dawna nie miałem przy sobie kobiety. Spędziliśmy razem szczęśliwą, piękną i barwną noc. Ale było jasne, że rano będę musiał za to zapłacić.

Następnego ranka wyruszyliśmy na wielbłądzie i dotarliśmy do stóp wysokiej góry. Tam kupiec zarżnął wielbłąda i wypatroszył go. Włożył mi do ręki sakiewkę złota i powiedział:

– Teraz wejdziesz w skórę wielbłąda i będziesz tam czekał. Wkrótce nad padliną zbiorą się orły i uniosą ją na szczyt góry. Gdy cię tam pozostawią, wyjdziesz ze skóry wielbłąda. Przestraszą się i odlecą. Tam na górze znajdują się starożytne klejnoty i skarby. Zbierzesz je do worka i zrzucisz mi na dół. Potem sam zejdziesz. Wchodzić na górę jest trudno, ale schodzić – łatwo, jak z każdej góry.

Na chwilę zawahałem się, ale skoro raz wyruszyłem w drogę, nie mogłem już zawrócić. W naszym świecie człowiek wyrusza każdą drogą tylko raz, a są to drogi bez powrotu: czeka nas śmierć albo przeznaczenie.

Żyjemy zapisanymi drogami…

Wszedłem w skórę wielbłąda, a wkrótce potem orły uniosły padlinę.

Gdy dotarłem na szczyt góry, wyszedłem na zewnątrz, a orły z przerażeniem się rozleciały. Wszystko potoczyło się dokładnie tak, jak powiedział kupiec. Wszędzie leżały klejnoty i skarby. Zbierałem je do worka i zrzuciłem go w dół.

Po chwili zobaczyłem, jak kupiec wskakuje na konia i odjeżdża galopem.

Zrozumiałem: zostałem oszukany.

Człowiek może zdradzić nie tylko tego, kogo zsyła w głębiny, ale i tego, kogo wynosi na szczyt.

Zostałem całkowicie sam na szczycie góry.

Wbrew słowom kupca zejście wcale nie było łatwe. Było niemal niemożliwe. Wszędzie otwierały się głębokie przepaście, a ostre skały sterczały w górę. Jeden fałszywy krok oznaczał śmierć. Nie było się czego chwycić ani na czym stanąć, nie było żadnej powierzchni do zejścia, żadnego zagłębienia ani występu, który dawałby choćby cień nadziei.

Zachowując zimną krew, rozejrzałem się. Jedna z przepaści była mniej stroma niż pozostałe. Może tam spróbuję. Gdzieś musiałem zacząć na tej jałowej górze, bo pozostanie w bezruchu — czekając na co? — mogło oznaczać tylko śmierć.

Już po pierwszych krokach ostre, rozgrzane słońcem skały poraniły mi dłonie, kolana i skórę. Moje ubranie wisiało w strzępach, byłem cały we krwi, ale w końcu znalazłem się na nieznanej równinie.

Udało się.

Piaszczysty odcień równiny, suche powietrze i pustynny klimat zapowiadały początek nowej opowieści.

Miałem wrażenie, że przeżywam nieskończony łańcuch splątanych snów.

Przez chwilę wędrowałem przez bezkresną równinę. Po dłuższym czasie przede mną pojawił się biały marmurowy pałac. Na jego dziedzińcu stał stary mędrzec z białą brodą, jakby stał tam od tysiąca lat. Jego biała jedwabna szata była przepasana pasem sięgającym ziemi. Stał z rękami złożonymi na brzuchu i uśmiechał się do mnie. Podbiegłem do niego, ucałowałem jego rękę i brzeg szaty. Od tego świetlistego człowieka chciałem poznać swoją drogę i poprosić o pomoc.

Usiedliśmy przy basenie. W ciszy dziedzińca słuchaliśmy dźwięku małej fontanny. Opowiedziałem, co się wydarzyło; słuchał uważnie. Palcem gładził brodę i uśmiechał się. Z każdego jego ruchu bił spokój mądrości i dojrzałości.

To miejsce było klasztorem ptasich derwiszów.

Został podarowany ptakom przez proroka Salomona. Szah Mürgh, który przyjął Dżihanszaha, wyjaśnił, że ptaki z całego świata zbierają się tu co tydzień. Rozmawiają własnym językiem o odległych krainach, porach roku, swoich wędrówkach i o sobie samych.

Szah Mürgh przeprowadził mnie przez cały pałac. Byłem oczarowany. Wieczorem powiedział:

– „Idę na zgromadzenie ptaków” – i zostawił mnie samego. Aby nie było mi nudno, wręczył mi pęk kluczy — od czterdziestu komnat pałacu. – „Przejdź je wszystkie, baw się, jedz i pij. Ale nigdy nie otwieraj czterdziestej komnaty, tej z żelaznymi drzwiami! Nie dotykaj jej. Inaczej ty będziesz najbardziej cierpiał.”

Zrobiłem tak, jak powiedział. Przeszedłem przez wszystkie komnaty. Każda była osobnym światem: nieskończone piękno, subtelność i bogactwo szczegółów. Jednak nie potrafiłem się nimi cieszyć; mój umysł wciąż wracał do czterdziestej komnaty. Już od chwili, gdy wziąłem klucze, wiedziałem, że muszę ją otworzyć. Nieustannie ją sobie wyobrażałem, żyłem nią w myślach. Dlatego nie mogłem naprawdę cieszyć się żadną z pozostałych komnat. Tajemnica czterdziestej sprawiła, że zapomniałem o wszystkim innym; magia nieznanego oślepiła mnie i przestałem dostrzegać resztę.

Podjąłem decyzję: cokolwiek się stanie, otworzę czterdziestą komnatę.

Już wcześniej postanowiłem, że przeżyję tę opowieść do końca.

I w końcu otworzyłem żelazne drzwi.

I objawiło się czterdzieste zaklęcie: ogród jak ze snu. Magiczny marmurowy basen, zbyt piękny, by był prawdziwy. Za nim, w świetle zachodzącego słońca, marmurowy portyk rozbłysnął czerwienią. Kanapy miękkie jak ptasie pióra, jedwabne chusty i atłasowe narzuty, niczym z „Tysiąca i jednej nocy”, falowały na wieczornym wietrze.

Po chwili na niebie pojawiły się trzy białe gołębie. Ich skrzydła zetknęły się i utworzyły krąg, gdy opadały do ogrodu, nad brzeg basenu. Tam otrząsnęły się, jakby zrzucały z siebie ubrania — i przemieniły się w trzy przepiękne dziewczęta. W tej chwili zakochałem się w najmłodszej. Rozebrały się, weszły do basenu, kąpały się, pływały…

Ta piękność oślepiła moje oczy. Zemdlałem w swojej kryjówce…

 

Kiedy otworzyłem oczy, przy moim łóżku stał Szah Mürgh i patrzył na mnie gniewnie. Trzy gołębie i trzy dziewczęta zniknęły.

Przeprosiłem Szah Mürgha i opowiedziałem mu, co się wydarzyło. Na jego twarzy malował się wyraz, jakby od początku wiedział, co się stanie.

– „Mówiłem ci, o Dżihanszahu” – powiedział.

– „Jeśli to był grzech, już rozpocząłem swoją karę” – odpowiedziałem błagalnie i z nadzieją.

Szah Mürgh zaczął opowiadać:

Były to córki króla wróżek. Najmłodsza nazywa się Gevherengin. Ich kraina leży za górą Kaf. Raz w roku przychodzą, kąpią się w basenie i odchodzą. Co roku tego samego dnia… Tak jest od dziesięcioleci. Wyglądało na to, że nie mam innego wyboru: muszę czekać cały rok.

Szah Mürgh powiedział:

– „Kiedy wrócą w przyszłym roku tego samego dnia, musisz czekać. Gdy wejdą do basenu, ukryjesz ptasi strój tej, którą kochasz. Kiedy wyjdzie, nie znajdzie go, nie będzie mogła odlecieć jako gołębica i zostanie z tobą: będzie twoja.”

Minął cały rok. Dni były ciężkie, długie i okrutne.

Czterdzieści komnat marmurowego pałacu stało jak czterdzieści grobów…

I nadszedł ten dzień. Dżihanszah ukrył się. Na niebie pojawiły się gołębie. Jakby całe niebo falowało. Znowu powoli i łagodnie opadły, usiadły przy brzegu basenu, otrząsnęły się, zrzuciły swoje szaty i ponownie przemieniły się w trzy przepiękne dziewczyny. Rozebrały się i zanurzyły w basenie…

Ukryłem szatę Gevherengin. Szukały jej długo, a gdy jej nie znalazły, ich siostry wzbiły się w powietrze i odleciały.

Gevherengin została.

Gevherengin należała do mnie.

Błagała, prosiła, lecz nie oddałem jej ani skrzydeł, ani piór, ani gołębiej szaty. Opowiadałem jej o mojej miłości, o minionym roku, o całym moim życiu, aby mnie pokochała.

I zakochała się we mnie.

Naprawdę się we mnie zakochała.

Szah Mürgh udzielił nam ślubu w klasztorze ptaków. Potem wyruszyliśmy razem… do krainy Gülistan, do mojego ojca, do mojej ojczyzny.

Na pożegnanie Szah Mürgh powiedział:

– „Pod żadnym pozorem nie oddawaj jej skrzydeł, bo odleci. Nawet jeśli cię kocha, odejdzie. Czasem człowiek odchodzi właśnie dlatego, że kocha. Jeśli oddasz jej skrzydła, jej serce pęknie na dwoje. Będzie zmuszona wybierać. I w końcu może wybrać swoją szatę. Nie stawiaj jej w takim dylemacie! To uczyni was oboje nieszczęśliwymi i wciągnie w długą, bolesną walkę. Nie warto. Naprawdę nie warto. Nie oddawaj jej skrzydeł! A teraz idźcie, niech wasza podróż będzie szczęśliwa!”

Podróżowaliśmy na jednym z ptaków Szah Mürgha. Była to długa, barwna i pełna uniesienia podróż. Pełna radości.

W końcu dotarliśmy.

Tahmur Sah był bardzo szczęśliwy, widząc Dżihanszaha po tylu latach. Urządził wielką ucztę i uczcił swoje szczęście wspaniałym świętem z powodu powrotu syna i jego odnalezienia. Gevherengin również wydawała się szczęśliwa.

Fale intensywnego szczęścia całkowicie mnie odurzyły. Nasza pierwsza wspólna noc wprawiła mnie w zawrót głowy. Szatę gołębia Gevherengin zostawiłem na zewnątrz. Następnego ranka chwyciła ją, przemieniła się w gołębicę i usiadła na dachu naprzeciwko. Kiedy się obudziłem, już jej przy mnie nie było. Na dachu powiedziała do mnie:

– „O, Dżihanszahu! Podstępem oddzieliłeś mnie od mojego gatunku, mojej ojczyzny i mojego rodu! Tak, kochałeś mnie, wiem. Myślałeś, że twoja miłość wszystko rozwiąże. Że wystarczy na wszystko. Ja też cię kochałam, nie zaprzeczam. Ale kiedy się w tobie zakochałam, nasze warunki nie były równe. Nie dałeś mi innego wyboru niż kochać ciebie. Nie ja zdecydowałam o tej miłości. Teraz sama muszę zdecydować, czy cię kocham… Jeśli naprawdę mnie kochasz, pójdziesz za mną. To twoja ziemia, jesteś wśród swoich, możesz tu być szczęśliwy. Ale co mam zrobić ja? Nigdy o tym nie pomyślałeś. Kochać nie jest łatwo, Dżihanszahu. Miłość wymaga pracy. Teraz wracam do mojego ojca. Moja kraina nazywa się Kevherengin. Będę na ciebie czekać.”

Potem odeszła. Jeszcze kilka razy zakrążyła przed oknem Dżihanszaha, pożegnała się z nim i zniknęła.

Niebo było teraz całkowicie puste.

A Dżihanszah przez wiele dni patrzył na tę pustkę.

Cały pałac poznał prawdę. Wezwano wszystkich uczonych, podróżników, kupców, wróżbitów, geomantów i derwiszów. Zebrali się ci, którzy wiele widzieli i wiele wiedzieli. Nikt nie znał krainy Kevherengin, nawet jej nazwa była im obca.

Dżihanszah stał bez nadziei. Mijały dni, tygodnie i miesiące. Palił się w swojej miłości, miotał się w objęciach beznadziei. Gdyby wiedział, dokąd iść, ani chwili nie pozostałby w pałacu, lecz przed nim rozciągał się ogromny świat i cztery strony świata. Pałac zamykał go jak klatka lwa.

Pewnego dnia przyszło mu do głowy, by udać się do Nehrevanu. Ale i tego miejsca nikt nie znał. Postanowił więc pojechać do Bagdadu, miasta opowieści z „Tysiąca i jednej nocy”, gdzie na pewno znajdzie kogoś, kto będzie wiedział. Nie było innej drogi ani nadziei. Ponownie przeżyje swój los i, dochodząc do tego samego punktu, postąpi inaczej, a tym samym go zmieni.

 

I rzeczywiście, w Bagdadzie poznałem kierunek do Nehrevanu. Zajęło to dni i noce, ale udało mi się. Zapomniawszy o całym zmęczeniu, wyruszyłem do Nehrevanu. Ledwie dotarłem na bazar, a wołacz zawołał:

– „Kto chce zdobyć piękną niewolnicę wartą tysiąc złotych monet, niech idzie za mną!”

Poszedłem za nim.

Poszedłem za swoim losem.

Wszystko wydarzyło się dokładnie tak jak wcześniej. Kupiec mnie nie rozpoznał, bo codziennie spotykał setki młodych mężczyzn, których oszukiwał, powiększając swoje bogactwo. Dla niego wszystkie twarze i wszyscy młodzi ludzie byli tacy sami.

Dotarliśmy do stóp góry, ukryłem się w skórze wielbłąda, orły porwały padlinę, dostałem się na szczyt góry i znów zostałem oszukany. Zjechałem z powrotem w to samo miejsce, na równinę, odnalazłem marmurowy pałac i Szah Mürgha. Ten powiedział:

– „Synu, czy nie mówiłem ci, żebyś nie oddawał jej skrzydeł? Wasza miłość nie została jeszcze wystawiona na próbę. Miłość twojej opowieści cię zaślepiła, byłeś niedoświadczony. Nie jest tak łatwo zacząć wszystko od nowa, jak myślisz. Poza tym od tamtej pory już tu nie wrócili. Zakłóciłeś porządek klasztoru, a sam stałeś się nieszczęśliwy. Nadmiar twoich emocji nie pozwolił ci ich nawet naprawdę przeżyć. Tutaj nikt nie wie, gdzie oni są ani gdzie jest ich ojczyzna. Poczekaj na kolejne miesiące, kiedy przybędzie Zümrüd-ü Anka. Tylko on wie, gdzie się znajdują. Ale czy cię tam zabierze, czy nie – to niepewne.”

Znów zaczęły się dni pełne oczekiwania.

Moją jedyną nadzieją był Zümrüd-ü Anka.

Był nadzieją wszystkich bohaterów wszystkich baśni.

Po miesiącach przybył, a ja długo go błagałem. Przyzwyczajony do miłości i kochanków, znał wartość uczucia. Słyszał tyle opowieści od tych, których nosił na swoich plecach, w tylu historiach się zestarzał. Zrozumiał mnie, wziął mnie na swoje plecy, ale obiecał, że zabierze mnie tylko do góry Kaf. Dalej nie śmiał się zapuścić, bał się wróżek. Wydało mi się śmieszne, że nawet tak potężny Zümrüd-ü Anka może się bać.

Po drodze zaprzyjaźniliśmy się. Przekroczyliśmy górę Kaf i zgodził się nieść mnie jeszcze dalej, przez kolejny łańcuch górski. Na grzbiecie Zümrüd-ü Anka świat wygląda zupełnie inaczej. Przemierzyliśmy niezliczone góry, wzgórza, równiny i kraje.

Tam, gdzie wylądowaliśmy, naprzeciw nas stał lśniący biały pałac. Jaśniał bielą wypolerowaną przez wiatr. Wszystko spowijał błękit nieba. Gdy dotarłem do stale zmieniającej się bramy białego pałacu krainy Kevherengin, dostrzegły mnie wróżki, a Zümrüd-ü Anka dawno już zniknął.

Wpadłem w ręce wróżek i opowiedziałem im swoją historię. Gevherengin od miesięcy czekała na moje przybycie.

Zaprowadzili mnie prosto do króla wróżek.

Była to próba i przeszedłem ją: stałem u bramy Gevherengin…

Za górą Kaf znalazłem ten długi, z wieżami sięgającymi różowych chmur pałac wróżek i dotarłem do bramy Gevherengin. Próbowałem przypomnieć sobie jej twarz, ale niemal całkowicie zniknęła mi z pamięci. Za każdym razem, gdy o niej myślałem, zrywał się gołąb i zabierał jej oblicze ze sobą.

Król wróżek uwierzył, że kocham jego córkę. Jak to uwierzył – nie wiem, bo nie zrobiłem nic, by go przekonać. Może właśnie dlatego mi uwierzył, w prostocie przeżytej burzy.

Tam ponownie nas zaślubiono według ich zwyczaju. Myślałem, że zaczynają się szczęśliwe dni. Gevherengin była przy mnie, ale nie czułem się jak w domu. Byłem obcy. Wszystko było nowe i nieznane, nic nie wiązało mnie z tą krainą, nic nie przywoływało dzieciństwa. Z dnia na dzień stawałem się bledszy i bardziej nieszczęśliwy, mój wzrok błądził daleko, a uśmiech stawał się pusty.

Gevherengin rozumiała. Znała przyczynę mojego smutku i niepokoju. Próbowała pomóc, ale nie mogła nic zrobić. Bo nawet jeśli z własnej woli, byłem wygnańcem, a do wygnańca niełatwo dotrzeć.

W końcu zaproponowała, że wróci ze mną do mojej ojczyzny. Wiedziałem, że to ofiara. Chciała odpłacić moją ofiarę. Ale musiałaby przejść te same cierpienia co ja. Po pewnym czasie i ona tam, w mojej ojczyźnie, poczułaby tę samą obcość i samotność, którą ja czułem tutaj.

Kiedy jej to powiedziałem, uśmiechnęła się:

– „Ty jesteś mężczyzną – powiedziała – nie umiesz zmieniać koszuli. Ja jestem kobietą; dla mnie przyjęcie twoich barw nie jest problemem. Tego, czego nie nauczyli cię jako mężczyzny, mnie jako kobiety nauczono. I to wszystko.”

Nie pozostało mi nic innego, jak jej uwierzyć i jej zaufać. Wiedziałem, że to egoizm męskiej miłości.

Po pewnym czasie wyruszyliśmy w drogę. Król wróżek dał nam oddział ifrytów jako ochronę. Podróżowaliśmy, często się zatrzymując, próbując cieszyć się drogą. Dlatego nasza podróż była długa.

W jednym z obozów ifryci siedzieli senni, ja przy ogniu podtrzymywałem płomień, żeby nie zgasł. Gevherengin odpoczywała nieco dalej w naszym namiocie. Nagle, znikąd, zaatakowała nas wataha lampartów. Nie wiadomo, skąd przyszły ani czego szukały na tej pustej równinie. W jednej chwili nas zalali i po nich została tylko rozszarpana Gevherengin. Ten czerwony namiot wzywał śmierć. Nie umiałem znaleźć słów na mój ból. Przy każdym ataku ja pozostawałem przy życiu, aby przez całe życie nosić w sobie ból tych, którzy zostali rozdarci.

A teraz Gevherengin… właśnie w czasie naszej młodości, najpiękniejszym i najszczęśliwszym okresie życia… Od tamtej pory w tej krainie nie widziano już lampartów…

Jeden ifrit poszedł do króla wróżek i opowiedział, co się wydarzyło. Król pojawił się przy martwym ciele swojej córki. Poprosiłem go:

– „O czcigodny królu! Pozwól mi pochować moją żonę tam, gdzie zmarła, i strzec jej grobu aż do końca mojego życia. To moja ostatnia i jedyna prośba do ciebie” – powiedziałem.

Król, który wierzył w moją miłość, uwierzył także mojemu bólowi.

– „Mówi się, że wielka miłość nie istnieje bez wielkiej ofiary – powiedział. – Nie mam nic do dodania, o Dzsihansah, nie do mnie należy was rozdzielać. Rób, jak chcesz.”

Oto, o Belkıya! Od tego dnia strzegę tutaj tego grobu. Strzegę własnej śmierci. Już tylko obserwuję zmieniające się pory roku…

Gdy Dzsihansah skończył swoją opowieść, Belkıya wstał:

– „Wiem, że nie chcesz wracać do ludzi. Mogę ci jedynie życzyć spokoju ducha. Teraz odchodzę.”

Dzsihansah odprowadził Belkıyę, a ich palce znów się zetknęły. Ich opowieści się zmieszały.

Los wyznaczył Belkıyowi kolejną długą podróż. W końcu dotarł do wielkiego ogrodu. Ogród… znowu ogród! Uczucie utraconego raju! Ledwie Belkıya wszedł do ogrodu, przed nim otworzył się ogromny wachlarz, zasłaniając widok. Ten wachlarz, ta kolorowa magia, była piękniejsza niż sam ogród, bo choć nie był ogrodem, przywoływał go swoimi kształtami i barwami.

Potem wachlarz się zamknął.

I przed Belkıyą stanął w całej swej wspaniałości i pięknie Tavus-u Âzam, Wielki Paw.

Belkıya zapytał:

– „O piękny ptaku! O błogosławiony ptaku! Gdzie jesteśmy? Kim jesteś?”

– „To ogród Hızıra (Chidra). Mieszkam tutaj. Nazywają mnie Tavus-u Âzam, Wielkim Pawiem. Zostałem wypędzony z raju razem z Adamem.”

Tavus-u Âzam opowiedział Belkıyowi, jak został wypędzony z raju. Opowiedział to zupełnie inaczej. Belkıya słuchał oszołomiony, bo musiał na nowo przemyśleć wszystko, co dotąd wiedział.

– „Nieważne – powiedział Tavus-u Âzam. – To inna historia.”

Belkıya zapytał:

– „O Tavusie! Czy możesz odesłać mnie z powrotem do ludzi, do mojej ojczyzny?”

– „To nie moja rola – powiedział. – Poczekaj, Chidr wkrótce przyjdzie, jemu możesz opowiedzieć swój problem, może odeśle cię do domu.”

Chidr wysłuchał Belkıyę. Gdy ten skończył, powiedział:

– „Zamknij oczy” – i chwycił go za rękę. Belkıya mocno zamknął oczy. Gdy je otworzył, stał przed swoim pałacem.

 


Szahmeran zamilkła tutaj.

Dżamsap stał oszołomiony. Powrót Belkıyı całkowicie go zaskoczył.

– „Czy cała ta przygoda skończyła się w jednej chwili?” – zapytał Dżamsap.

– „Takie jest życie,” – powiedziała Szahmeran. – „Życie również kończy się w jednej chwili, prawda?”

Była smutna. Zakończyła opowieść. I wiedziała, że Dżamsap odejdzie.

– „Nie mogę kontynuować tej historii” – powiedziała Szahmeran. – „Zresztą tysiąc i jedna noc już się skończyła.”

– „Czy więc i ja mam zamknąć oczy, o Szahmeran?” – zapytał Dżamsap.

Szahmeran odpowiedziała:

– „Wiem, że odejdziesz, nie mogę cię tu dłużej zatrzymać. Mam tylko jedną prośbę: kiedy wrócisz do swojej ojczyzny, nigdy nie idź do łaźni. Bo ten, kto ujrzy Szahmeran, a potem pójdzie do łaźni, będzie miał skórę pod pasem pokrytą łuskami i w ten sposób zdradzi swój sekret. Wtedy dowiedzą się, że mnie widział i spotkał.”

Dżamsap ponownie przysiągł. Długo obiecywał, że nikomu nic nie powie i nigdy nie pójdzie do łaźni.

Szahmeran zawołała jednego ze swoich ifritów i rozkazała mu odprowadzić Dżamsapa do wyjścia.

– „Teraz idź,” – powiedziała. – „Nie zatrzymuj się, idź natychmiast.”

Potem długo za nim płakała.

Add comment