Czterdzieści nóg Szahmerana 1

Mardin to magiczne miasto. Jego białe pałace, przylegające do stromych zboczy, unoszą się nad równiną Syrii niczym pirenejski zamek Magritte’a. A kiedy ktoś przechadza się wśród tych białych pałaców, rozwijają się lub zamykają w sobie małe, złożone historie niezależnych światów, narodów, religii i rodzin, do których klucz znajdujemy poprzez powiązania utkanie w herbaciarniach, świątyniach i bazarach.

Jednym ze źródeł magii Mardinu jest Szahmeran, Królowa Węży. Jej historia, którą już wcześniej opisałem, pochodzi z Mezopotamii i jest znana nawet z sumeryjskich źródeł. Ale prawdziwy dom znalazła w Mardinie, gdzie każdy dom, restauracja i sklep jest ozdobiony wizerunkami kobiecych postaci z ciałem węża i wieloma nogami.

Szahmeran nie zdobi jednak tylko ścian przestrzeni publicznych jako folklorystyczna dekoracja; jest głęboko zakorzeniona w pamięci kulturowej. Wystawy, albumy i książki używają jej jako leitmotivu. Tak jak ta krótka powieść, Czterdzieści nóg Szahmerana, zawarta w kolekcji Pieśń heroiczna (1983) autora arabskoboszniackiego pochodzenia z Mardinu, Murathana Mungana.

Pieśń heroiczna to ironiczny tytuł; obejmuje powieść o bolesnym dorastaniu, która pokazuje drugą stronę epickich dzieł z wielkimi tytułami: traumy dorastania w świecie pełnym tajemnic i bolesnego dojrzewania, poprzez mity i folklor południowo-wschodniej Anatolii, w środowisku jednocześnie mitycznym i realistycznym.

Książkę znalazłem w starym antykwariacie w Mardinie, należącym do Hüseyina Gündüza, kurdyjskiego pisarza, poety i dziennikarza, oraz pasjonującego wydawcę, który miał z tego powodu nawet problemy prawne. Kiedyś dużo z nim rozmawiałem, ale teraz uczy literatury kurdyjskiej na uniwersytecie w Ankarze, więc wita mnie jego atrakcyjna turecka asystentka i poleca mi książki poezji oraz powieści kurdyjskie i tureckie.

Czterdzieści nóg Szahmerana wpisuje się w opowieści w stylu „Tysiąca i jednej nocy”, które idealnie pasują do Mardinu, pokazując, co znaczy dorastać i stawać się człowiekiem tutaj, w południowo-wschodniej Anatolii, czy gdziekolwiek indziej. Historie zaczynają się od dziecięcego „ja” autora, ale opowiadane są poprzez splecione opowieści, które przedstawiają doświadczenia trudne do bezpośredniego opisania, a których autor w końcu nawet w pełni nie ujawnia.

Krótki romans tłumaczę partiami i publikuję tutaj na blogu.

CZTERDZIEŚCI NÓG Szahmeran

1.

Mój ojciec oddał mnie jako ucznia mistrzowi Szahmeran.

Żebym nie włóczył się bez celu po ulicach i przynajmniej nauczył się jakiegoś rzemiosła. Powiedział mi, że zagubione dzieci bez celu nigdy dobrze nie kończą. Gdybym to wtedy wiedział, odpowiedziałbym: zagubione dzieci, nawet jeśli mają cel, też nie mają lepszego losu.

– „Teraz jesteś dzieckiem gotowym, by zostać uczniem” – powiedział.

W naszej dzielnicy, gdy dziecko osiągało pewien wiek, oddawano je komuś jako ucznia. Taki był zwyczaj. Jeśli nagle brakowało dziecka w zabawach ulicznych, jeśli przez kilka dni z nami nie wychodziło, wiedzieliśmy już: zostało gdzieś uczniem. Na targu kowali czy złotników? Kto wie. Byli też tkacze dywanów, twórcy kilimów, szewcy, piekarze, złotnicy, zegarmistrze. Każde dziecko dostawało fach w zależności od swoich umiejętności manualnych. Niektóre zaczynały u krawca, inne u producenta koszul. Przed świętami, kiedy szliśmy na targ z matką lub ojcem, często spotykaliśmy dawnych towarzyszy zabaw, których dawno nie widzieliśmy w zaułkach. Z jakiegoś powodu odwracali wzrok, z tajnym poczuciem winy, którego źródła być może sami nie rozumieli. Lub próbowali to ukryć zuchwałym uśmiechem… Ich bieda też na to wpływała; mimo że wszyscy byliśmy dziećmi tej samej biednej dzielnicy i czekał nas ten sam los. Czułem, że coś ich przeraża podczas tych spotkań, więc później starałem się nie patrzeć im w oczy. Z ich miejsc pracy wydawali się dorośli – naprawdę dorośli; jakby już nie byli tymi dziećmi, z którymi wczoraj biegaliśmy po zaułkach. Ich twarze stały się poważne. Czy im zazdrościliśmy, czy ich współczuliśmy? Nie wiem. Ale pewnego dnia my też zostaniemy oddani jako uczniowie.

Więc teraz byłem dzieckiem gotowym, by zostać uczniem.

„No cóż, teraz moja kolej” — pomyślałem. Najpierw spojrzałem na swoje dłonie; wciąż wyglądały jak dłonie małego dziecka. Próbowałem odczytać z nich swój wiek, swoją przyszłą profesję. Ale nic nie mówiły. Potem pomyślałem, że jutro, pojutrze i w następnych dniach moi przyjaciele nie będą mnie już widzieć na osiedlu, na placach zabaw. Bycie uczniem oznaczało rozstanie. Czy będą za mną tęsknić? Czy w ogóle będą za mną tęsknić? Kto zapyta o mnie pierwszy? Kto zauważy mój brak jako pierwszy? A może od razu przyzwyczają się, że mnie nie ma? W moich późniejszych latach, kiedy byłem niespokojny, smutny, gdy nękał mnie koszmar, często śniłem to samo: wyobrażałem sobie, że jestem martwy. W tym śnie nie interesowała mnie tak bardzo moja własna śmierć, ale reakcje innych — przyjaciół, znajomych, bliskich — gdy usłyszą wiadomość. Ich pierwsze zdziwienie, pierwszy smutek… Tak bardzo zanurzyłem się w tej wyobraźni, że z czasem przestałem się bać śmierci i poczułem radość. Jakby ich reakcje ponownie przywiązały mnie do życia. Patrząc wstecz, czuję, że w dniu, w którym wysłano mnie do mistrza Szahmerana jako ucznia, chciałem, aby moi przyjaciele poczuli mój odjazd jak pewien rodzaj śmierci. Jeszcze tego tak nie nazywałem. Bo nie znałem śmierci. Albo powiedzmy: jeszcze jej nie znałem na tyle, by móc ją pokochać.

Jeśli chodzi o rozstania: dla mnie każde rozstanie było śmiercią.

Wtedy też, teraz też.

 

Zrozumiałem, że teraz również zostanę wysłany jako uczeń.

Kiedy wstałem od stołu rozłożonego na podłodze i usiadłem na szezlongu, na mojej duszy spoczęła ciężkość goryczy, smutku i powagi. Czułem się jak ktoś, kto już ma swój fach. Ale to mnie nie ucieszyło; wręcz przeciwnie, przyniosło głęboki smutek. „Tak to jest, gdy człowiek ma fach” — powiedziałem sobie. Pomyślałem, że może dlatego mój ojciec wieczorami wraca do domu z ponurą, zmęczoną twarzą. Spojrzeliśmy na siebie. Pomyślałem, że mamy tę samą myśl w głowie; zarumieniłem się i spuściłem wzrok.

Ale następnego ranka wszystko wydawało się zabawą. Kiedy wyszliśmy na ulicę trzymając się za ręce z ojcem, wszystko było jak smutna gra. Kto wie, może całe nasze życie to tylko smutna gra. Ulice były puste, opustoszałe; jeszcze daleko było do momentu, gdy krzyki i hałas moich przyjaciół wypełnią przestrzeń. To był pierwszy raz, gdy widziałem ulicę tak cichą. Serce mi się zacięło, chciało mi się płakać. Nagle poczułem pragnienie zobaczenia kogoś z nich, kogokolwiek — jakby to było pożegnanie, pozdrowienie przy rozstaniu. Może bałem się, że dopiero później zauważą moją nieobecność; może z innego powodu. Może po prostu szukałem świadka. Tak, jedynego świadka. Może całe życie szukałem czegoś takiego. Ale nikogo nie widziałem na ulicy; nie mogłem potwierdzić rozstania.

Ojciec powiedział:

– „Cenić swoje ręce, palce, zręczność. Rysujesz piękne obrazy. Jeśli dziecko w twoim wieku potrafi tak dobrze przedstawiać, kto wie, co jeszcze będziesz rysować w przyszłości.”

Nie do końca zrozumiałem, co miał na myśli, ale miło było to usłyszeć.

Mój mistrz nazywał się Mahir.

Zapytał mnie o moje imię.

Odpowiedziałem cicho:

– „Ilyas.”

– „Znajdziesz Szahmeran?” — zapytał.

Pokręciłem głową.

Po południu zapytałem ojca:

– „Tato, co znaczy być Szahmerancı?”

– „Szahmerancı nazywa się tego, kto rysuje i sprzedaje Szahmeran.”

– „A czym jest Szahmeran?”

To imię tej dziwnej istoty, której obraz wisiał na ścianie u babci, gdzie chodziliśmy całować jej dłoń. Widzieliśmy ją za każdym razem. Była piękna i przerażająca.

Jeszcze nie wiedziałem, jak coś może być jednocześnie piękne i przerażające.

Kiedy zobaczyłem ją po raz pierwszy, długo się jej przyglądałem, a potem odwróciłem wzrok. (W tym czasie moja babcia już wybaczyła mojemu ojcu, pogodziła się z moją matką; dawno mnie nie widziała.) Moja babcia, jej dom, jej przedmioty zawsze mnie przerażały. Nigdy się nie uśmiechała; kiedy patrzyła komuś w oczy, wydawało się, że widzi aż do samego wnętrza. Przynajmniej ja to tak odbierałem. Dziwny los: kiedy przyniosłem jej mój pierwszy rysunek Szahmeran, była już umierająca; kilka dni później zmarła. Nie była przytomna, ale i tak patrzyła człowiekowi prosto w twarz, jakby wiedziała wszystko, rozumiała wszystko — tylko nie mogła mówić. Nie wiem, czy zrozumiała, co dla mnie oznaczała ta plansza; nigdy się tego nie dowiem. Być może nawet nie zrozumiała, że to ja ją zrobiłem. Jej choroba tak ją zamknęła w sobie… Zawsze mam poczucie, że zostało mi coś do powiedzenia; mam do niej żal, że umarła zbyt wcześnie…

Kiedy ojciec tak powiedział, obraz, który pojawił się przede mną, wyglądał, jakby miał ciało mężczyzny i twarz kobiety; pod jego głową węże – czterdzieści nóg, wszystkie wężowe; korona lśniła, była wyszywana; ogon zwijał się aż do głowy.

– „Czy będę z nim pracować?” – zapytałem ojca. – „Boję się.”

– „Czy można bać się czegoś, co stworzyło się własnymi rękami?” – powiedział ojciec. – „Czy może cię przestraszyć piękno, które sam stworzyłeś?”

Tak, może. Może ojciec wtedy tego nie wiedział, a może nigdy się nie dowie, że człowiek boi się przede wszystkim piękna lub tego, że coś jest jego dziełem; trzeba tego doświadczyć na żywo, żeby zrozumieć. Sam nauczyłem się tego dopiero później, jako jednej z lekcji, które daje strach.

– „Szahmeran oznacza królową węży.”

Zatrzymałem się. Prawdopodobnie wyczułem błąd w zdaniu.

– „Córka królowej węży” – poprawiłem się.

Mój mistrz nie powiedział ani słowa.

Dlatego nigdy nie zrozumiałem, która wersja jest właściwa. Nadal nie wiem.

Ta ojcowska? Moja?

Teraz żadna nie ma znaczenia.

Przełknąłem ślinę i kontynuowałem:

– „Wszystkie jej czterdzieści nóg są zrobione z węży” – powiedziałem.

– „Nie mów, że są zrobione, powiedz, że są” – rzekł mistrz. – „Jeszcze ich nie stworzyłeś, jeszcze ich nie stworzyliśmy.”

Na jego twarzy pojawił się delikatny, cienki uśmiech.

– „Wszystkie jej czterdzieści nóg są z węży” – powiedziałem. – „A na głowie ma wielką błyszczącą koronę, ozdobioną kamieniami szlachetnymi.”

W międzyczasie mój wzrok skupił się na rysunkach Szahmeran wiszących na ścianie i ułożonych jeden po drugim na podłodze. Liczyłem je po kolei, a potem mistrz zapytał:

– „Który z tych to Szahmeran?”

Bez wahania odpowiedziałem:

– „Wszystkie.”

Pokręcił głową.

Byłem zaskoczony. Nie wiedziałem, co powiedzieć.

– „Nie” – powiedział. – „Żaden z tych nie jest Szahmeranem.”

Nie mogłem się powstrzymać i zapytałem: – „Więc który to jest?”

– „Ty go narysujesz” – odpowiedział.

Spojrzałem na jego twarz z zachwytem, próbując zrozumieć, co miał na myśli, a on dodał:

– „Jeśli ty nie wiesz, twój uczeń go narysuje; jeśli on też nie wie, jego uczeń. Jeśli tak nie myślisz, nigdy nie będziesz w stanie narysować Szahmerana.”

– „Ale wszystkie Szahmerany są do siebie podobne” – powiedziałem.

– „Ludzie też są do siebie podobni” – odparł.

Milczałem. Długo milczałem.

W tym momencie zrozumiałem, że mistrz jest mądrym człowiekiem i że moja praca będzie trudna.

– „Brawo” – powiedział. – „Wiesz bardzo dobrze, kiedy należy milczeć.”

To „brawo” było za moje milczenie. Potem spojrzał na mojego ojca – który wiedział, że jest oceniany; z jednej strony był zadowolony, że moje odpowiedzi były poprawne, z drugiej strony wątpił, czy mistrz widzi to tak samo, więc patrzył niepewnie, nie wiedząc, jak się zachować.

– „Ten chłopak jest bardzo bystry” – powiedział mojemu ojcu. – „Jeśli jego ręce będą tak zręczne jak jego umysł, niedługo stanie się najlepszym mistrzem Szahmerana w dzielnicy i narysuje najpiękniejsze Szahmerany.”

Mój ojciec wybuchnął głośnym śmiechem.

Cała nagromadzona radość i duma wylały się w jeden wielki śmiech.

Rzadko widziałem, żeby mój ojciec tak się śmiał.

Mój ojciec był biednym człowiekiem; mieszkaliśmy w skromnej dzielnicy, było nas sześciu rodzeństwa. Żyliśmy w trudnych warunkach. Tym razem jednak śmiał się od serca. Część tego śmiechu dotarła do mnie i poczułem pełną nadzieję. Po raz pierwszy zrozumiałem, że ja też mogę być kimś, z kogo człowiek może być dumny.

Pewność siebie poczułem po raz pierwszy w małym warsztacie Mahira, pod światłem jego niskiej, dymiącej lampy naftowej. Teraz, po każdej udanej pracy, przypominam sobie śmiech, który wypełniał całe oblicze mojego ojca. Oczy mi się napływają łzami, ale nie płaczę.

Gdyby jeszcze żył, czy czułbym to samo? Nie wiem.

Tego wieczoru mój ojciec był wobec mnie wyjątkowo hojny; kupił cukier i ciecierzycę. Wróciliśmy do domu jak dwaj „duzi mężczyźni”, obaj z uśmiechem na twarzy.

Kiedy moja matka zobaczyła nas w tej pozie przy otwartych drzwiach, była bardzo zaskoczona.

Add comment