Czterdzieści nóg Szahmerana 4

SZAHMERAN OPOWIADA

W Beirucie żył żydowski uczony o imieniu Ukap. Był mądry, choć nie całkiem. Pewnego dnia zaczął badać pieczęć proroka Salomona. Czytał Torę, ciemne księgi, wszelkiego rodzaju pisemne dokumenty i napisy wyryte w kamieniu, i tak odkrył dziwne, ukryte tajemnice.

Dowiedział się, że prorok Salomon nosił pierścień pieczętny na lewej ręce. Za pomocą tego pierścienia władał wszystkimi zwierzętami, dżinami, wróżkami i ludźmi. Kto posiadał ten pierścień, mógł panować nad światem, tak jak Salomon. Ukap skupił wszystkie swoje marzenia na tej pieczęci. Chciał ją zdobyć, aby stać się władcą świata i spełnić wszystkie swoje pragnienia. Zgromadził wiedzę starożytnych ksiąg i szukał drogi prowadzącej do pierścienia.

Pierścień pieczętny znajdował się na środkowym palcu lewej ręki Salomona.

Ciało proroka Salomona spoczywało od wieków na wielkim tronie.

Tron znajdował się w ogromnej jaskini na odległej wyspie po drugiej stronie morza.

Aby dotrzeć na wyspę, trzeba było przepłynąć siedem mórz.

A aby przepłynąć te siedem mórz, potrzebne było specjalne zioło – znane i widoczne, ale tajemnicze, którego prawdziwej wartości nikt nie znał. Jeśli wlejesz jego miksturę do wody lub posmarujesz nią stopy, możesz chodzić po morzu, jak po lądzie.

Aby znaleźć to zioło, najpierw trzeba było znaleźć Szahmeran.

Szahmeran, przed którym każde stworzenie ujawniało swoje tajemnice i przeznaczenie.

Innymi słowy, droga do pieczęci Salomona prowadziła przez królestwo Szahmeran.

Pierwszym celem Ukapa – tym, czego szukał ponad wszystko – było więc moje tajne schronienie.

Renoma Belkıyı rozprzestrzeniła się po całym Jerozolimie. Był znany jako doświadczony i podróżujący człowiek, mądry i pobożny. Wiele osób gromadziło się wokół niego, pragnąc słuchać jego historii. Dla ludzi odległość zawsze miała magiczne znaczenie; odległe krainy i kraje zawsze były częścią ludzkich marzeń. W oddali można dostrzec obrazy śmierci i czasu.

Ukap był tam również, wśród tłumu zgromadzonego wokół Belkıyı. Uważnie słuchał, próbując rozszyfrować luki w opowieściach. Podejrzewał, że Belkıyı mógł widzieć Szahmeran i znać jej miejsce pobytu. Powoli i ostrożnie ujawniał Belkıyı swoje myśli. Wydawało się, że są równi: jeden znał miejsce pieczęci Salomona, drugi miejsce Szahmeran. Gdyby połączyli swoją wiedzę, świat mógłby wpaść w ich ręce.

Ukap był napędzany nienasyconymi pragnieniami. Jego serce było jak ogromny wir; chciał pochłonąć cały świat. Pragnął władzy. I jak każdy, kto pragnie władzy, był zdesperowany i nieszczęśliwy; jego życie było przytłoczone, a ludzie go nie lubili. Ciągle czuł, że całe ludzkość jest mu winna wielki dług. Czuł nieskończoną złość i nienawiść do życia. Wiedział wiele, dużo czytał, ale wszystko tylko dla siebie i swoich pragnień. Jego wiedza była pusta, pozbawiona miłości i cnoty; wiedział wszystko tylko dla siebie. Dlatego jego wiedza była bezużyteczna, nie owocowała i dusiła go.

Cały jego świat składał się z niego samego i jego pragnień.

Ale Belkıyı nie widział prawdziwej twarzy Ukapa. Miłość go oślepiła. Mógłby użyć również mnie, ale co wtedy pozostałoby z prawdy miłości? Siła myśli Ukapa oczarowała Belkıyı. Wierzył, że szukanie i znajdowanie to to samo.

I tak mnie zdradził.

Nie dlatego, że zapomniał swojej obietnicy. Nie.

Ale dlatego, że uważał, że każde środki są dozwolone, aby osiągnąć cel. Cel, który pozwala na wszystkie środki, nie może pozostać tym samym. Belkıyı tego również nie zrozumiał. Był gotów użyć kogokolwiek lub czegokolwiek dla swojego celu, ale co zostaje potem? Nad tym nigdy się nie zastanawiał.

Przybyli na wyspę potajemnie. Do otwartej żelaznej skrzyni włożyli kryształową miskę z mlekiem i inną z winem i czekali. Jestem Szahmeran, częściowo wężem, i nie mogłam oprzeć się ani mleku, ani winu. Najpierw wypiłam mleko, potem wino i wkrótce zasnęłam. Kiedy się obudziłam, byłam w skrzyni pośrodku morza. Wtedy zrozumiałam, że wpadłam w pułapkę – zostałam uwięziona.

Jeszcze nie widziałem tych, którzy mnie porwali.

(I długo ich nie widziałem.)

Z skrzyni przemówiłem:

„O wy, którzy mnie pojmaliście! Jaki jest wasz cel? Dlaczego mnie porwaliście? Czego ode mnie chcecie?”

Odpowiedział Ukap:

(Od tego momentu zawsze on będzie odpowiadał.)

„O, Szahmeranie! Nie bój się! Nie zrobimy krzywdy ani tobie, ani twojemu ludowi. Nie jesteś naszym celem, jesteś tylko środkiem. Szukamy czegoś: rośliny. Pomóż nam ją tylko znaleźć. Gdy ją znajdziemy, odprowadzimy cię tam, skąd przybyłeś. Nie martw się. Nie jesteś naszym więźniem, jesteś naszym gościem.”

„Jakiej rośliny szukacie?” zapytałem.

„Takiej, dzięki której możesz chodzić po morzu, jakbyś chodził po ziemi,” odpowiedział Ukap.

„Co zamierzacie zrobić z tą rośliną?” zapytałem.

„Przejdziemy przez siedem mórz, aby dotrzeć do pieczęci Salomona. Wtedy cały świat będzie w naszych rękach. Będziemy rządzić światem, całym światem…”

Wtedy zrozumiałem, że Ukap stanie się ofiarą własnej pasji. Ta pasja go spali i zniszczy. Ci, którzy pragną panować nad światem, ostatecznie płoną we własnym ogniu. To ich największy smutek. Widzieliśmy to i zobaczymy ponownie.
Ci, którzy myślą, że panują nad światem, przeżywają największe złudzenie: entuzjazm ludzi i ich ślepa posłuszność odurzają ich. Władza szybko ich oślepia; nic już nie widzą. To jest koniec.

Próbowałem sobie wyobrazić Ukapa z ostrym podbródkiem, spiczastą brodą, wielkimi wyłupiastymi, nieśmiałymi oczami, patrzącego na świat z zachwytem i wątpliwościami; każda zmarszczka wyrażała niespełnioną pasję, jego ręce drżały, a ani inteligencja, ani zdolności, ani osobowość nie wystarczały do jego pragnień. Co by się stało, gdyby taki człowiek panował nad światem? Widzieliśmy już przykłady i zobaczymy je ponownie.

„Nie jesteś naszym więźniem, jesteś naszym gościem,” powiedział.

Ta przymusowa gościnność trwała dokładnie czterdzieści dni. Wędrowaliśmy przez góry, kamienie, ogrody i łąki. W końcu znaleźliśmy roślinę. Natychmiast ją przygotowano i nałożono na ich stopy. Dzięki temu człowiek mógł chodzić po wodzie.

Wtedy po raz pierwszy uwolniono mnie ze skrzyni. Wtedy po raz pierwszy zobaczyłem Belkıyę. Wszystko stało się jasne.

Gdy stanęliśmy twarzą w twarz, spuściła głowę.

Nie czułem w sobie żadnego pragnienia.

To nie była Belkıya, którą kochałem.

„Mówiłem ci, Belkıya,” powiedziałem, „człowiek zdradza.”

Nie odezwała się ani słowem.

Jej żal nie był oczywisty, ale ból był wyczuwalny.

 

4.

Nawet w środku zdrady stało się jasne, jak Belkıya oddaliła się od Ukapa: zrozumiała, że mnie zdradziła i sprawiła mi ból. Wiedziałem, że jej wstyd minie. Gdy opuści to miejsce i uwolni się od świadomości mojego istnienia, zapomni wszystko. (Już wcześniej zapomniała.) Miłość ją oślepiła. Myślała, że nie rozumiem lub nawet nie uważała tego za zdradę. A jednak zdrada, gdy raz się zacznie, niezależnie skąd pochodzi, splami wszystko i wszystkich.

„Zrezygnuj z pieczęci Salomona,” powiedziałem jej. „Bo czas jeszcze nie nadszedł. Nie będzie twoja. Należy do wszystkich. Nie mogłabyś jej udźwignąć. Taka nieograniczona władza wymaga nieograniczonej odpowiedzialności, świadomości i cnoty. W rzeczywistości nieograniczona władza może prowadzić dowolnego człowieka do upadku, poddając się jego słabościom. Dlatego należy do wszystkich. Ponadto nie jest za siedmioma morzami, lecz tuż przed twoimi oczami. A w życiu człowiek najmniej docenia to, co ma przed sobą. Na przykład podczas wędrówek ze mną przez góry i doliny nie zauważyliście, ile możliwości przegapiliście; wasze oczy były tak związane, że nie widzieliście nic poza myślą, na której się skupialiście; dlatego nie zauważyliście ważniejszych, większych możliwości, bo wasze oczy były skupione tylko na poszukiwanej roślinie.”

„O jakich możliwościach mówisz?” odparł Ukap, z szeroko otwartymi oczami, przekrwionymi.

„Schwytać mnie nie jest łatwo. Skoro wam się to udało, powinniście byli wykorzystać tę rzadką okazję w swoim życiu. W miejscach, które odwiedziliśmy, znaleźliśmy setki, tysiące roślin. Wszystkie mówiły i ujawniały swoje sekrety.

Jedna powiedziała: Jestem rośliną młodości; kto przygotuje i wypije moją wodę, nigdy się nie starzeje. Nie słyszałeś jej?

Inna powiedziała: Jeśli na coś mnie nałożysz, stanie się złotem; nigdy nie będziesz biedny. Nie słyszałeś jej?

Trzecia powiedziała: Jestem rośliną życia wiecznego. Życie wieczne jest dane człowiekowi. Jestem najstarszym marzeniem ludzkości. Kto wypije moją wodę, nigdy nie umrze. Nie słyszałeś jej?

Nie słyszałeś ich, bo skupiałeś się tylko na tym, czego szukałeś; twoje uszy słyszały tylko to, co chciałeś usłyszeć.

Tak bardzo pragniecie pieczęci Salomona, że nawet gdybyście ją zdobyli, nie wiedzielibyście, co z nią zrobić ani jak jej użyć. Dla tych, którzy budują swoje życie tylko na pragnieniach, cel nie istnieje. Cel ciągle się zmienia. Absolutne jest pragnienie, bez względu na formę. Tak więc pragnienie, wbrew pozorom, jest bezcelowe. Mówię po raz ostatni: zrezygnujcie z pieczęci Salomona. Jeśli będziecie się jej trzymać, wasz los to śmierć!”

Ukap błagał, byśmy zawrócili i poszukali tych roślin. Z jego oczu biła skrucha i ogień.

Ale ja tylko się uśmiechnąłem na ten błagalny ton.

„Każda pułapka może być użyta tylko raz,” powiedziałem. Potem dodałem: „Okazje są jak pułapki.”

Ostatni raz zwróciłem się do Belkıyá niezależnie od Ukapa:

„Zdecydowałaś się iść tam?” zapytałem.

Skinęła głową; jej wzrok unikał mojego. Zrozumiałem, że pójdzie tą drogą i podejmie ryzyko.

„Belkıyá! Nie wiesz, że ty i Ukap szukacie różnych rzeczy. Ty kochasz, on nie; on nikogo i nic nie kocha. Dlatego chcę uczynić dla ciebie ostatni dobry uczynek. Ostatnią radę, tylko dla ciebie: jeśli dotrzesz tam, nie próbuj zabrać Pieczęci Salomona; pozwól działać Ukapowi. Dopiero wtedy zrozumiesz, dlaczego. To jedyna i ostatnia rzecz, jaką mogę dla ciebie zrobić. Pamiętaj moje słowa.”

I tak oddalili się po morzu jak dwaj niebiescy beduini, znikając na horyzoncie.

Długo ich obserwowałem.

Ale która Belkıyá odeszła?

Po zostawieniu ich samotnie w ślepej uliczce ich przygody wróciłem do ifrytów. Opowiedziałem, co się wydarzyło. Ponieważ ludzie odkryli nasze miejsce, musieliśmy przenieść się w nowe miejsce, nową tajną kryjówkę.

Z ifrytami i moimi wężami długo rozmyślaliśmy. Potem dotarliśmy na miejsce, które widziałeś. Tam minęły długie, ciche lata.

A teraz człowiek ponownie wkroczył na naszą ziemię; nadchodzą podejrzliwe i straszne dni. Już nie pokażą nam swojej twarzy otwarcie. Na tej ziemi człowiek podporządkował sobie wszystkie stworzenia, z wyjątkiem samego siebie. Nie potrafi panować nad sobą; ukrywa swoją siłę i słabość. Dlatego nie chcemy z nim konfrontować się. Będziemy się ukrywać aż do dnia naszego przebudzenia.

 

W moim szkoleniu już znacznie posunąłem się naprzód.

Moje serce obciążały uczucia, co do których nie byłem pewien, czy powinienem je ujawnić mistrzowi, czy nie. Nie wiem, kiedy zacząłem postrzegać mistrza jako rywala lub zagrożenie dla własnego istnienia. Pewnego dnia, kiedy opowiadał historie o Szahmeranie (prawdopodobnie podczas zdrady Belkıyá lub poszukiwania Pieczęci Salomona), nagle wstał od swojego stołu; powoli się podnosił, tyłem do mnie, widziałem jego plecy — a mimo to dalej opowiadał.

Nagle uświadomiłem sobie, jak blisko stoi śmierci. Jego plecy były pochylone, niósł lekki garb, ręce lekkie, ciało ciężkie. Ta część odchylona do tyłu wydawała się potajemnie wpasowywać w garb. Z podstępną radością myślałem o jego śmierci. Mistrz umrze. Przede mną pojawiły się te nieśmiertelne wyobrażenia Szahmerana, które rysował. Te piękne obrazy teraz muszę stworzyć ja.

Jak bardzo było to niewygodne, prawie bolesne uczucie, ale niestety prawdziwe. Bardzo kochałem mistrza.

Po raz pierwszy doświadczyłem pragnienia, które można odczuwać wobec stwórcy, wychowawcy, nauczyciela i formatora: szalonego pragnienia, aby go zabić, stać się z nim jednym i zająć jego miejsce. Nie tyle „doświadczyłem”, ile „przeczułem”.

Później, gdy nasza relacja mistrz-uczeń się pogłębiała, zrozumiałem, że największą przeszkodą mojego istnienia jest sam mistrz. Stoję w cieniu potężnego dębu i zawsze tam pozostanę.

Jednocześnie najbardziej chciałem, aby mistrz zobaczył, jak bardzo stałem się mistrzem. Chciałem, aby był świadkiem czegoś, co w jego życiu się nie spełni, pewnego rodzaju „drugiej śmierci”, aby to zobaczył.

Wciąż musiałem się wiele nauczyć, aby zrozumieć, że najważniejszą rzeczą w rzemiośle jest cierpliwość.

 

PYTANIE DŻAMSAPA

Dżamsap, który uważnie słuchał historii o Szahmeranie, zatrzymał się tutaj. Historia zawsze wracała do tego samego punktu: ludzkiej zdrady.

„O, Szahmeranie!” powiedział Dżamsap. „Masz rację, ja też jestem człowiekiem. Czujesz wobec mnie nieufność. Ale wiesz, twoja ‚próba‘ to tylko wątpliwość. Nie znasz mnie. Znasz tylko Belkıyá i porównujesz całe ludzkość do niej.”

„Cena próby jest bardzo wysoka, Dżamsapie. Nie chodzi tylko o mój własny los. Gdybym powierzył ci tylko mój los, może nie byłoby to aż tak złe; ale pamiętaj, los wszystkich moich poddanych też od tego zależy. Moja śmierć niesie też radość naszego przebudzenia. Jeśli umrę zbyt wcześnie, przed czasem, nic to nie da. Tak jak Pieczęć Salomona jeszcze nie może wpaść w ludzkie ręce, moja śmierć też nie może się wydarzyć. Muszę poczekać na właściwy czas, rozumiesz?”

„Ale dopóki tu jestem, nie możesz mnie naprawdę poznać, Szahmeranie. Przyjaźń, która nie była jeszcze sprawdzona, to fałszywe zaufanie. Żyję w twojej przestrzeni, według twoich zasad. Oczywiście moja obecność (lub przyjaźń) może dać ci pewne poczucie bezpieczeństwa. Puste, powierzchowne. W prawdziwej miłości jest strach przed utratą. To uczucie sprawia, że miłość jest czymś więcej niż tylko przedmiotem. Wyślij mnie, Szahmeranie, sprawdź mnie, daj mi szansę pokazać, że człowiek nie jest zawsze jak Belkıyá. Dopóki mnie tu trzymasz, nie mogę się tego nauczyć.”

„Jesteś jeszcze bardzo niedoświadczony, Dżamsapie! Zbyt pewny siebie. Nie próbowałeś samego siebie. Skąd wiesz, kim naprawdę jesteś? Tak, żyjesz w mojej przestrzeni, według moich zasad. Ale czy zasady świata nie zmienią cię? Czy nie popchną cię do zdrady? Co pojawi się na ziemi i na wodzie, ile może pozostać tajemnicą? Co możesz zachować? Chcesz podzielić się ze mną, o to miejsce, które przeżyłeś, które widziałeś; ale taka opowieść nie pozostaje tajemnicą, Dżamsapie. Jedno słowo, jeden sygnał i wszystko się rozproszy. Dlatego nie chcę, abyś żył w wątpliwościach, Dżamsapie! Nikt nie może tak całkowicie powierzyć swojego losu drugiemu.”

Dżamsap zrozumiał, że Szahmeran jeszcze przez chwilę go zatrzyma, nie pozwoli łatwo odejść.

„Nie martw się, Dżamsapie” – powiedział Szahmeran. – „Latem przejdziemy za górę Kaf. Ponieważ już zacząłeś historię, przeżyj ją do końca. Zobacz też krajobraz za górą Kaf: jest tam dużo piękniej, więcej zabawy, czas płynie przyjemniej. Do tego czasu opowiem ci każdej nocy część historii Belkıyá.”

„Jak długo to potrwa?” zapytał Dżamsap.

„Tysiąc nocy opowieści” – odpowiedział Szahmeran.

 

PIECZĘĆ SALOMONA

Historia trwała długo.

Belkıyá i Ukap poruszali się po środku pustego morza jak dwaj niebiescy beduini i przebyli siedem mórz.

W końcu dotarli na wyspę Salomona, dostali się do jaskini Salomona i do tronu Salomona.

Belkıya przypomniał sobie słowa Szahmerana: nie zbliżajcie się do Salomona. Ale Ukap, który przez lata pragnął tego momentu, ruszał naprzód bez wahania.

Gdy zbliżali się do wyspy Salomona, Belkıya myślał o Wyspie Snów.

Myślał o śnie Salomona. O tych, którzy strzegą jego snu, o tych, którzy czekają na jego sen. Jak można spać w tak silnym świetle? Czy sen nie potrzebuje ciemności? Ile jeszcze mil drogi zostało, ale światło bijące z wyspy pochłaniało morze, odległości i sny.

Gdy zbliżali się do wyspy, stopniowo przyzwyczajali się do światła i jednocześnie czuli jego ostry blask.

Jaskinia była otoczona gęstą, bujną roślinnością, dżunglowym lasem, piekącym słonym wiatrem i zapachem tysięcy przypraw. Wokół panowały olśniewające widoki. Byli bliscy oślepnięcia. Oczy musiały długo się przyzwyczajać – to było jak adaptacja do ciemności. Wtedy zrozumieli, jak Salomon mógł spać.

Poruszali się powoli do przodu. Wejście do jaskini pokrywała ogromna, przerażająca pajęczyna. (W późniejszych tekstach świętych wielu proroków, zwłaszcza ostatni wysłannik, ukryło swoje schronienia pod taką pajęczyną.) Ostrożnie się przez nią przecisnęli i weszli do środka. Chłodne powietrze, na które czekali lata, uderzyło ich w twarze.

Naprzeciw nich, na ogromnym złotym tronie, leżał prorok Salomon. Nie wyglądał jak martwy, lecz jakby spał. Piękno śmierci rozświetlało jego młode, żywe ciało. Wnętrze jaskini było urządzone jak pałac: ciężkie zasłony sięgające podłogi, jedwabie, aksamit, złote hafty, perła, rzeźby, marmury i płytki je otaczały. Chłodny powiew czasami je poruszał, potęgując magię miejsca.

Spał, jakby otaczała go śmierć, jego miedziana skóra przyćmiona słońcem stała się przezroczysta, a jedwabna szata miała dekolt otwierający się do klatki piersiowej. Ręce miał złożone na piersi. Na łuku ust skrywał delikatny uśmiech. Jego śmierć była związana z losem pieczęci.

Świat był pogrążony w nieskończonym śnie; wszyscy czekali na przebudzenie.

W jego rękach pieczęć z kamienia przypominającego diament, promieniująca światłem w cztery strony świata, świeciła w formie pierścienia: najpierw oświetlała jaskinię, potem wyspę, siedem mórz, a w końcu cały świat. Było to światło czekające na właściwy czas, na historię.

Gdy zbliżali się do pieczęci zamkniętej między delikatnymi, długimi palcami, Belkıya przypomniał sobie przestrogę Szahmerana. Ostry ból przeszył jego serce i cofnął nogi. Ukap jednak zapomniał o wszystkim i całkowicie się trząsł. Teraz stał przed pieczęcią Salomona, jego wieloletnie marzenie było zaledwie kilka kroków dalej. Tylko kilka kroków dzieliło go od wszystkich jego snów. Właśnie miał dotknąć pierścienia, gdy z ogromnym, trzęsącym ziemię hukiem pojawił się olbrzymi smok. Jego oddech niósł żar piekielnego ognia. Jego wściekłe oczy błyszczały, jakby stał u bramy piekła.

Po jednej stronie oślepiające światło i wezwanie pieczęci, po drugiej żar i ognista jasność śmierci w oczach smoka.

Dla Ukapa była to tylko wizualna dylemat; pragnienie oślepiało jego oczy. Dlatego kontynuował ruch w stronę pierścienia. Belkıya domyślał się, co się stanie, ale był już bezsilny. Ukap zmierzał nie ku pieczęci, lecz ku śmierci.

Kiedy zrobił ostatni krok, grzmiący i narastający oddech smoka otoczył całe ciało Ukapa. Belkıya zobaczył ostatni raz, jak ogień przenika ciało Ukapa i rozprasza się w nicości jako cienka, przezroczysta płomienna forma.

To było wszystko.

Wszystko się skończyło.

Ta kilkusekundowa utrata – czy całe życie przeżyte dla niczego? Jego ciało, które kształtowało całe jego życie, w ciągu kilku sekund zamieniło się w przezroczystą, płomienną formę i rozproszyło w powietrzu.

Nagle z głębi za kolumnami rozległ się głęboki, czysty i tajemniczy głos, przypominający Ukapa, ale nie był to Ukap, lecz ogromny cień:

„O człowieku! Dlaczego ryzykujesz swoje życie dla rzeczy, których czas jeszcze nie nadszedł? Czas pieczęci Salomona dopiero przyjdzie. Ludzie już udowodnili, że nie poradzą sobie z tą brudną i krwawą historią. Potrzebne będą lata, abyś dotarł do tego źródła światła. Jeśli je zdobędziesz, możesz go użyć do złego i przyniesie to koniec ludzkości. Swoją przedwczesną pasją sprowadzasz zagładę własnego rodzaju. Ucz się z tego i teraz odejdź stąd!”

Belkıya zrozumiał słowa Szahmerana.

Teraz już rozumiał.

Następnie wyszedł z jaskini i udał się na brzeg. Nigdy nie czuł się tak samotny. Cienki piasek, nieskończone morze.

(Jak trudny był powrót! Jak długie są powroty i jak daleko się zaczynają!)

Był sam, całkowicie sam. A przed nim rozpościerała się historia nicości.

Poza czasem, przestrzenią i wszystkimi myślami.

Nie miał dokąd pójść.

Nie miał dokąd wrócić.

Przed nim leżała długa, bardzo długa droga.

Ale czuł się bardzo zmęczony i wyczerpany.

Każda jego podróż go wyczerpała.

 

PYTANIE DŻAMSAPA

„Skąd możesz wiedzieć, co się stało, gdy zostawiłeś Belkıyę i Ukapa na swojej własnej wyspie, a potem odszedłeś? Skąd wiesz to wszystko?”

Szahmeran uśmiechnął się: „Masz rację” – powiedział. „Ale nie zapominaj, że Belkıya wszedł w moje życie. Byłem ciekaw, co się z nim stało, jak potoczyło się jego życie. Ci, którzy na rozwidleniu wybierają różne drogi, są ciekawi losu tego drugiego. Jego los też mnie interesował. Minęły lata. Wysłałem jednego ze swoich dżinnów do jego pałacu. W wielkiej sali pałacu, podczas wielkiego zgromadzenia, wielki wezyr czytał przed obecnymi dostojnikami książkę opisującą życie Belkıyı. Wyglądało na to, że Belkıya nie miał nic innego do roboty, jak tylko opowiadać innym, co przeżył.

Mój dżinn przybrał postać całkowicie białego konia i przyprowadził wezyra bezpośrednio do mnie. Wziąłem książkę i odesłałem go z powrotem. Belkıya zamknął się w klasztorze i prowadził ascetyczne życie. Pisał sam, bez przerwy przez lata. To, co opowiadam, to moje interpretacje na podstawie tego, co usłyszałem.”

Dżamsap zawołał:

„Ale dlaczego pozwoliłeś odejść wezyrowi?”

„Potrzebowałem tej książki, którą miał przy sobie. Chciałem zdobyć życie Belkıyı.”

„I nie bałeś się, że wezyr cię zdradzi i powie, gdzie jesteś?”

„Nie łączy nas żadna miłość, która mogłaby prowadzić do zdrady” – zaśmiał się Szahmeran. „Zdrada jest możliwa tylko wtedy, gdy obecna jest miłość. Dlatego nie pozwolę ci odejść tak łatwo jak wezyrowi.”

Jeden z ifrytów ukląkł i chciał przemówić do Szahmerana. Poprosił, aby pozwolił Dżamsapowi wrócić na ziemię, do swojej ojczyzny.

„Nie może być” – powiedział Szahmeran. „Przynajmniej wy nie możecie nauczyć się przebaczenia!”

 

PODRÓŻ BELKIYI

Belkıya płynął całkowicie sam, samotnie, przez dni, tygodnie, miesiące po morzu. Nigdy wcześniej nie doświadczył tak głębokiej beznadziei. W głębi serca pulsował przepaściowy ból. W końcu dotarł na inny brzeg, inne wybrzeże. Wszedł na długą, miodową step, pośród nieskończonych wydm, które lśniły w złotym świetle słońca, jak daleko sięga wzrok.

Nieskończoność była naprawdę nieskończona.

Wydawało się, że stoi na progu nowej opowieści o pustce.

Podczas przechodzenia przez tę pustynię zobaczył dwie armie dżinnów walczących ze sobą. Od dzieciństwa prześladowały go takie obrazy: miodowe wybrzeże, palące słońce, senna obecność walczących istot, lekkość zabijania i śmierci.

Przez chwilę obserwował ich bitwę: ciała padające na piasek, krew, którą piasek natychmiast wchłaniał i suszył; broń przypominającą włócznie, topory i strzały; śmiertelne, niekończące się pole bitwy.

Wszystko wydawało się być poza nim, jakby stracił poczucie dotyku.

To przez pewien czas przyciągało jego uwagę, a potem nagle wszystko ucichło. Wszystkie dźwięki i obrazy zniknęły. Może bitwa zakończyła się porażką jednej strony, albo po prostu zrobili przerwę. Jak blisko śmierci był Belkıya, jak bardzo był poza wszystkim? Po tym, jak wszystko przeszedł sam, śmierć była poza wszelkimi granicami; Belkıya był poza wszystkim.

Potem zobaczyli Belkıyę, który przycisnął muszlę do ucha i czekał na dźwięk, który uwolni go z ciszy. Zostali go przyprowadzeni do wodza, któremu opowiedział przeżyte wydarzenia. Kiedy człowiek opowiada swoje życie innemu, oddala się od własnej historii i łatwo staje się inną osobą. Po zakończeniu Belkıya poprosił o wolność, aby móc iść dalej. Wódz armii dżinnów dokładnie go obserwował, przyjął, obserwował, poznał, uwierzył mu przez siedem dni i siedem nocy. Na koniec siódmego dnia przyniósł jasnoniebieskiego konia.

„To mój koń i przejedzie sześć miesięcy drogi w godzinę. Zabierze cię do kraju wezyra Amra. Tam zostawi cię na granicy ludzi.”

Belkıya podziękował, wsiadł na konia i przeleciał nad chmurami, zimnym wiatrem i wysokimi górami, a po godzinie dotarł do kraju Amra. Amr rozpoznał konia wodza i zapytał Belkıyę, jakie ma życzenie. Belkıya opowiedział mu wydarzenia. Kiedy mówił, oddalał się od przeżytych zdarzeń. Znowu stał się inną osobą. Myślę, że to, co popycha Belkıyę do spisania życia, to poczucie wyobcowania i radość z tego wynikająca podczas opowiadania.

Wezyr Amr gościł Belkıyę przez siedem dni i siedem nocy. Następnie na innym koniu, pod własnym przewodnictwem, doprowadził go do granicy ludzi. Potem Amr odszedł.

Po drodze w ogóle nie rozmawiali.

Belkıya znowu stanął na progu.

 

PYTANIE DŻAMSAPA

Dżamsap powiedział:

„Człowiek może być naprawdę szczęśliwy tylko wśród swojego własnego ludu. To prawda dla wszystkich żywych istot. Ale ja tu jestem całkowicie sam. Bez względu na to, jak dobrze mnie przyjmą, ostatecznie zawsze pozostaję obcym wśród was. Jestem kimś innym. Tym Drugim. Nigdy nie wiecie, jak to jest żyć ciągle jako obcy; czuć, że zawsze jesteś z boku, jak wyczerpujące to jest. Żyć w dystansie, którego żadna bliskość nie może przezwyciężyć.”

Szahmeran się uśmiechnął:

„A czy wiesz, co znaczy żyć ukrycie, Dżamsapie? Napięcie życia pod ziemią jest równie wyczerpujące, uwierz mi. Moje całe królestwo jest tak duże jak ten ogród. Poza ogrodem prawie wszystko jest dla nas pełne niebezpieczeństw. Nie wiedziałem, że bycie tu ze mną uczyni cię tak nieszczęśliwym,” powiedział.

„Proszę, nie zrozum mnie źle! Nie jestem nieszczęśliwy, bo jestem z tobą. Wręcz przeciwnie, bardzo mnie to cieszy. Źródłem mojego nieszczęścia jest to, że jestem tutaj.”

„Ale ze mną gdzie indziej być nie możesz.”

„Niektóre miłości istnieją właśnie dzięki swojej niemożliwości, Szahmeranie,” powiedział Dżamsap.

„Kto wie, może sama miłość jest rzeczą niemożliwą, Dżamsapie,” odpowiedział Szahmeran.

 

Bywało, że bardzo kochałem swojego mistrza, a innym razem go nienawidziłem.

Dlaczego? Nie wiem dokładnie. W moim sercu kłębiły się różne uczucia. Nie chodziło tylko o to, że wykonywaliśmy tę samą pracę – to zrozumiałem wcześnie. Było w tym coś więcej; coś, co powstało z naszej relacji. W krótkim czasie między nami powstała i umocniła się więź. Jak każda więź, była ona wyczerpująca. Moja miłość i nienawiść do mistrza były pełne lęku. Obie były tak intensywne, że szybko przechodziły jedna w drugą, powodując cierpienie. Intensywność uczuć przenikała całe moje istnienie, przewracała wszystko do góry nogami i wprawiała mnie w gniew. Nie poznawałem samego siebie. Jakby wypadłem z własnych rąk; moje „ja” się zmieniło i nigdy już nie wróciło. Czegoś się opierałem, to pewne. Bałem się czegoś. Wzrostu? Miłości? Zmiany?

Mój mistrz wiele mi dał. Moja wdzięczność mieszała się z poczuciem winy. Ciężar tego brzemienia zaczął mnie przytłaczać. Mój mistrz, który kształtował moją osobowość w młodości, w końcu musiał zmierzyć się z reakcjami mojej własnej osobowości.

Moja relacja z mistrzem była jak relacja ojca z synem. To, czego nie mogłem doświadczyć z ojcem, przeżyłem z mistrzem. Wypełnił pustkę po moim ojcu. To, że nie rozróżniałem miejsca ojca od mistrza, prowadziło do wściekłej zazdrości i destrukcyjnej wdzięczności.

Mój mistrz i historie, które opowiadał, zaczęły panować nad całym moim życiem. Moje życie wymknęło się z rąk. Czerwienie figur Szahmerana, które rysowałem, pogłębiły się, linie stały się twardsze i można było poczuć napięcie przed walką.

Szukałem dla siebie drogi ucieczki.

Belkıya natomiast szukał drogi powrotnej.

 

BELKIYA PRZY WIELKIM MURZE CHIŃSKIM

Belkıya kontynuował swoją podróż samotnie. Pokonał kilka wzgórz, przepłynął kilka rzek. Pytał olbrzymów, wróżki i dżiny, którzy stali mu na drodze, o kierunek podróży. Większość z nich była zamknięta w sobie i nieco melancholijna. Trudno było zrozumieć, dlaczego ktoś stał się olbrzymem, inny wróżką, a ktoś dżinem. Wyglądali na zmęczonych, przygnębionych i ponurych. Zdawali się odwróceni od całego świata.

W końcu Belkıya dotarł do Wielkiego Muru Chińskiego.

Jego szczyt sięgał nieba, długość sięgała horyzontu, a żaden przejście nie było widoczne. Wyglądało, jakby oddzielał go od wszystkich światów i ludzi. Belkıya czuł, jak jego zmysł dotyku ponownie się wzmacnia. Od dawna nie dotykał nikogo ani niczego (nawet pieczęci Salomona). Między ludźmi a światami od dawna wzniesiono ogromny mur; teraz, gdy zobaczył ten mur, poczuł również ukrytą przeszkodę w swoim życiu. Każdy wielki sen przychodził ze swoimi przekleństwami i przygodami.

Dniami szedł wzdłuż muru. Przed nim nie otworzył się żaden mały przejście, żadna brama, żadna nadzieja. Nic. (Całe swoje życie spędził przed takim murem, a teraz, gdy zobaczył go na Wielkim Murze, zrozumiał. Ten mur był podsumowaniem całego jego życia.)

Szedł dalej, a mur nie kończył się; rozciągał się prosto przed nim, nie zakrzywiał się, nie skręcał. Rozciągał się prosto aż do horyzontu. Żaden znak nie wskazywał, jak duży obszar pokrywa. Wydawał się wieczny, co całkowicie odebrało Belkıyowi nadzieję.

Tutaj nie istniały magiczne podróże świata olbrzymów. Musiał stawić czoła ludzkiej bezradności. Dotarł do progu codziennego życia. Był to ograniczony, wąski, płytki i monotematyczny mur. Za nim życie się zaczynało lub kończyło; nie wiedział.

Dopiero po kilku dniach spotkał starego mędrca.

Był to pierwszy człowiek, którego zobaczył. Ile lat po ostatnim człowieku? Biały włos, biała broda, mądry w białym płaszczu, siedział na progu bramy, jakby siedział tam od tysiąca lat, przy tym cicho mamrotał modlitwy, patrzył na słońce, kołysał się w przód i w tył, a potem zanurzył się w długiej ciszy.

Belkıya bardzo ucieszył się, że zobaczył człowieka i bramę. Przyspieszył kroku, podszedł do mężczyzny i ukląkł. Stary człowiek opowiedział wszystko szczegółowo, wielokrotnie.

„To jedyna brama Wielkiego Muru Chińskiego,” powiedział. „Jest zamknięta 364 dni w roku. Otwiera się tylko jeden dzień na wiosnę, gdy przychodzi Zülkarneyn i ją otwiera. Potem znowu się zamyka aż do następnej wiosny.”

„Wiosna się zbliża,” powiedział Belkıya.

„Zbliża się,” odpowiedział stary mędrzec.

Serce Belkıyay się rozgrzało. Zobaczył człowieka; pierwszego dnia wiosny spotka wielu innych.

Dotknął mężczyzny. Długo i dokładnie badał.

Jego palce zadrżały.

„Opowiedz, dziadku,” powiedział. „W samotności dobrze jest opowiadać, a gdy opowiadasz, człowiek staje się kimś innym.”

Stary człowiek zaczął opowiadać. Każdego dnia wspólnie badali wodę wokół Wielkiego Muru Chińskiego.

Stary człowiek czytał o tej wodzie w książce podczas studiów w buharaskiej medresie. Później dowiedział się o niej więcej. Wyglądało na to, że należy do tych, którzy chcieli przenieść to, co przeczytali, do praktyki; zaczął śledzić ślad wody.

Ta woda – którą starożytni nazywali „wodą życia” – prowadziła tych, którzy ją pili, do życia wiecznego, pokoju i mądrości. Do tej pory tylko jeden człowiek mógł ją pić: Święty błogosławionej pamięci.

Była przezroczysta, ulotna i nieśmiertelna. Według wszystkich zapisów i opowieści woda znajduje się w pobliżu Wielkiego Muru Chińskiego.

Stary człowiek, który szukał jej przez długą drogę, coraz starszy, nie porzucił poszukiwań nawet u stóp muru, w ostatnich latach życia, na progu wiosny. Kiedy Belkıya powiedział: „wiosna się zbliża”, w jego głosie obok radości z oczekiwania była również gorycz, a może jeszcze więcej. Poświęcił swoje życie, aby zdobyć życie wieczne i poniósł porażkę. Na końcu drogi stał na progu bramy.

Pierwszego dnia wiosny pojawił się Zülkarneyn i otworzył bramę.

Belkıya bardzo ucieszył się, że znów znalazł się wśród ludzi. Myślał, że kogo spotka, każdy będzie zdziwiony i przywita go z tym samym zainteresowaniem, gdziekolwiek na świecie; ale każdy zajmował się swoimi sprawami, nikt się nie odwrócił. Za Wielkim Murem Chińskim i przed nim było równie opuszczone. Teraz czuł jeszcze głębszą, ciemniejszą samotność, przepaść w jego duszy bolała.

Znowu wyruszył w drogę. Tym razem wracał do domu.

Belkıya wraca.

 

PYTANIE DŻAMSAPA

„Wraca,” powiedział Dżamsap. „Wraca do domu, choć samotny, wciąż samotny wśród swojego ludu.”

„Rozumiem, Dżamsapie,” odpowiedział Szahmeran. „Nie mogę cię tu dłużej zatrzymywać. W opowiadanych przeze mnie historiach zawsze interesują cię powroty.”

Kto wie, może każda historia w rzeczywistości jest historią powrotu. Moje milczenie nie wynika z mojej tyranii; ja też mam nadzieję, szukam drogi, rozwiązania. Oboje cierpimy.

„Ale jeśli chcesz, możesz poczekać na koniec tej historii, bo oto dotarliśmy do historii Dżihanszahua.”

„Dżihanszah?” zapytał Dżamsap.

„Tak, Dżihanszah!” powiedział Szahmeran. „Jedna z tych słodkich, senne historie miłosne zimowych kawiarni, cichych dziedzińców i długich zimowych nocy. Musisz usłyszeć historię Dżihanszahua i jego miłości Gevherengin.”

Ich obrazy wiszą na zabrudzonych ścianach kawiarni. Teraz usłyszysz tę historię ode mnie.

Add comment