Karp noworoczny

„Przysiągłbym, że nie da się kupić na Majorce świeżej ryby, która nie pochodziłaby z morza, a niektórzy Majorkańczycy pewnie nawet nie zdają sobie sprawy, że w tych dziwnych, mdłych wodach śródlądowych mogłoby się znaleźć cokolwiek jadalnego,” napisał Wang Wei kilka dni temu w swoim życzeniu urodzinowym, chcąc pochwalić ryby morskie, ale przy okazji dając ostry policzek ich słodkowodnym kuzynom. Ostatnie dni roku dają rytualną okazję do przywrócenia honoru moim łuskowatym rodakom.

Tak jak doświadczony tłumacz zna całą nomenklaturę rynku ryb śródziemnomorskich po włosku, hiszpańsku czy katalońsku, a węgierski może oddać jedynie słowem „sügér” – lub „tőkehal” [dorsz] dla ryb północnych – tak też ludzie opaleni słońcem nie mogą sobie wyobrazić subtelnych rozróżnień, jakie ponure północne narody czynią względem stworzeń wijących się w ich mulistych wodach, zarówno pod względem pochodzenia, jak i przygotowania.

Weźmy na przykład karpia, którego ostateczne zaszczyty zależą od tego, czy pochodzi z Dunaju, czy z Tisy, zanim trafi do kuchni. Nie wdając się w szczegóły – co nieuchronnie wywołałoby dogmatyczne i liturgiczne debaty – wystarczy wskazać różnicę, którą zauważy każdy laik: w Bajá zupa rybna z Dunaju przygotowywana jest z tzw. makaronem w zapałki, podczas gdy w Segedynie zupa rybna z Tisy zagęszczana jest mniejszymi rybami przed dodaniem karpia. A wierni każdego wyznania nie tylko uważają własną wiarę za błogosławioną – faktycznie uważają liturgię innych za heretycką, a towarzyszące jej agape za nieodpowiednie do komunii.

Mallorczyk prawdopodobnie uznałby za całkowicie niewyobrażalne, że pod ponurym północnym niebem, wzdłuż rzek z unoszącymi się krą lodową, istnieją wyspecjalizowane miejsca zwane halászcsárda [karczmy rybackie], w których zagorzali miłośnicy spotykają się wyłącznie, by rytualnie kosztować potraw przygotowanych według gustów lokalnych słodkowodnych plemion zamieszkujących bagna. Aby to zilustrować — z uznaniem dla Baja — oto wczorajsza zupa rybna z Sótartó Halászcsárda w Segedynie. Filézett ponty [filetowany karp], gotowany w bogrács [mały kociołek], zawdzięcza swoją czerwonawą barwę édes-nemes [słodka-szlachetna] papryce. Ci, którzy pragną trochę ostrzejszych wrażeń, mogą dodać pokrojoną hegyes erős [ostrozielona papryka] (nie Erős Pista [„Silny Stefek”, mielona marynowana chili, niezbędna w leniwych węgierskich domach]!!!). W tle czekają na użycie belsőség [„podroby”, ikra i mleczko rybie] oraz friss házi kenyér [świeży domowy chleb]. Jeśli mallorcyński antropolog doda do tego słowniczka szatmári szilva [śliwowica z Szatmár], szekszárdi vörös [czerwone wino z Szekszárdu] lub egy korsó Dreher [kufel piwa Dreher], może bezpiecznie zanurzyć się w bagienne stworzenia, żywe i martwe.

Na przykład mogą zrobić krok dalej i zamówić kétembörös fatányéros vegyes haltál [mieszana rybna półmisek na drewnianej tacy dla dwóch osób]. Na półmisku spotykają się przedstawiciele trzech węgierskich gatunków ryb słodkowodnych w alegorii Tetydy, dumnie stawiając czoła każdej posejdonowej alegorii w mallorcyńskiej restauracji: karp rodzący się w rzece, pstrąg nurkujący w strumieniu i sandacz z jeziora. Sceptyczni naukowcy mogą zauważyć, że sandacz pochodzi z mórz Ameryki Południowej, ale w sprawach rytualnych liczy się wiara — a każdy Węgier wierzy, że sandacz rośnie w Balatonie, jeśli osiągnie tam pełny rozwój: stan pieczonego sandacza.

Podkreślam rytualny charakter spożywania ryb słodkowodnych nie bez powodu. Ludy śródlądowe spożywają je przy prawdziwie rytualnych okazjach: podczas wizyty w Segedynie (lub Baja), Paks, Kalocsy, Horány lub innych sanktuariach tego wyznania, a także podczas świąt końca roku. Przed II Soborem Watykańskim (1962–65) w katolickiej wsi Boże Narodzenie poprzedzał czterdziestodniowy post podobny do Wielkiego Postu, kończący się dopiero po pasterce — więc wigilijna kolacja obejmowała karpia, dozwolonego podczas postu.

W Rosji, gdzie Boże Narodzenie obchodzi się w Nowy Rok, karp jest rytualnie spożywany podczas noworocznej kolacji. To temat lektury z węgierskiego podręcznika do języka rosyjskiego z serii „Uczmy się języków!” z lat 80. Teraz, gdy przeczytałem go ponownie, książka jest prawdziwą maszyną czasu, przenoszącą nas do utopijnego świata, w którym radzieccy inżynierowie odwiedzają węgierskie fabryki, by uczyć miejscowych inżynierów, którzy słuchają ich z szacunkiem, a młodzi robotnicy, ubrani odświętnie, idą do kina — oczywiście, by obejrzeć nowy film radziecki — lub do Parku Młodzieżowego. Teraz naprawdę rozumiem, dlaczego, jeśli nauka języka oznacza też naukę kultury, a odwrotnie, odrzucenie kultury oznacza też odrzucenie jej języka — nikt tutaj nie opanował rosyjskiego podczas ośmiu czy dwunastu lat obowiązkowych lekcji rosyjskiego.

Nowy Rok zbliża się wielkimi krokami! Mariya Andreyevna kupiła sporego karpia na noworoczną kolację. W domu wypuściła rybę do wanny [tak jak kiedyś robiło wiele węgierskich rodzin]. Karp radośnie pływał w górę i w dół. Dzieci często zaglądały do łazienki, by go sprawdzić. Sasha, starszy brat Natashy, powiedział, że twarz karpia przypomina mu wujka Vanyę i nazwał go Vanya. Sasha nawet myślał, że raz widział, jak Vanya się uśmiecha. Po kolacji dzieci wróciły do łazienki, rzucając kawałki chleba Vanyi. Rodzina szybko polubiła Vanyę.

W wigilię święta Mariya Andreyevna oznajmiła, że nadszedł czas przygotować noworoczną kolację. Ale kto miał zabić rybę? zapytał Sasha:

– Mamo, niech karp żyje w łazience – to nasz przyjaciel.

A co z kolacją? Wujek Vanya, przyjaciel taty, przychodził, a noworoczna kolacja bez karpia to nie do końca kolacja!

Nastrój chłopca i dziewczynki zmienił się natychmiast. Sasha pobiegł do pokoju dziecięcego, a Natasha wybuchła płaczem.

– Mariya, po prostu pokrój rybę i tyle, – powiedział cicho tata.

– Dlaczego ja? – zapytała Mariya Andreyevna. – To ty jesteś facetem! Weź nóż i zrób to.

Rodzice zaczęli się kłócić.

Ale zadzwonił dzwonek do drzwi. Przyjechał wujek Wania! Szczęśliwego Nowego Roku! Gdy dzieci usłyszały jego głos, pobiegły do przedpokoju, żeby go powitać. Nikołaj także od razu rozpoznał głos przyjaciela i radośnie powiedział:

– Ach, Wania! Szczęśliwego Nowego Roku! – Powiesił płaszcz gościa na wieszaku. – Dziś ty przygotujesz kolację noworoczną. Weź nóż i zabij rybę.

– No to chodźmy. Gdzie jest nóż?

Ale kiedy Wania dowiedział się, że dzieci nazwały karpia jego imieniem, zmienił zdanie.

– Niech karp Wania żyje – powiedział. – Chodźmy nad rzekę i wypuśćmy go.

– A co z kolacją? – zapytała cicho gospodyni.

– Droga Mario Andriejewno! Tyle razy byłem waszym gościem. Dziś ja was zaproszę – na kolację do restauracji. Na noworoczną pieczeń z kurczaka.

I tak oto Nikołaj, jego żona i dzieci roześmiali się razem i ruszyli do restauracji.

A co jedli w restauracji? Wujek Wania zaproponował kurczaka, ale kto wie — całkiem możliwe, że uwolnieni od rytualnego obowiązku karpia, rozkoszowali się czymś naprawdę pysznym i rzadkim — rybą morską.

Add comment