18 października 1944 Armia Czerwona przekroczyła dawną niemiecką granicę. 21 października zajęli wschodniopruską wioskę Nemmersdorf (dzisiaj Majakowskoje, obwód kaliningradzki). Gdy Sowieci zostali zmuszeni do krótkiego wycofania się, niemieccy żołnierze, lekarze i dziennikarze przybyli na miejsce i odkryli ciała siedemdziesięciu dwóch brutalnie zamordowanych niemieckich cywilów oraz pięćdziesięciu francuskich i belgijskich jeńców wojennych, którzy zostali rozstrzelani: kobiety zostały masowo zgwałcone, a niektóre przebite bagnetami; niektóre przybito żywcem do drzwi. Wiadomość ta, wzmocniona przez propagandę nazistowską, szybko się rozprzestrzeniła, a masowa ucieczka ludności niemieckiej ze wschodu w głąb kraju rozpoczęła się natychmiast.
Pomnik wzniesiony po masakrze w Nemmersdorf. Kiedy Armia Czerwona wróciła, zniszczyła również ten monument, podobnie jak wszystkie inne niemieckie i nie-niemieckie pomniki oraz groby wojskowe.
Pod koniec wojny około 7–8 milionów Niemców uciekło ze wschodnich terytoriów przed Armią Czerwoną. Ci, którym udało się wyprzedzić sowiecki marsz, znaleźli schronienie w centralnych Niemczech, w rejonach kontrolowanych przez Anglosasów. Wielu jednak było wolniejszych – i większość spotkał ten sam los, co mieszkańców Nemmersdorf. Po wojnie władze sowieckie, polskie, czechosłowackie i węgierskie ponownie przymusowo przesiedliły mniej więcej tę samą liczbę Niemców do nowego państwa niemieckiego.
Istnieje wiele wspomnień i badań socjologicznych na temat integracji tych uchodźców i ich późniejszego życia, podobnie jak na temat terenów, które opuścili. Sama ucieczka jest jednak zrozumiale znacznie słabiej udokumentowana. Dlatego właśnie tak ważna jest tegoroczna wystawa fotograficzna w berlińskim Deutschlandhaus – centrum dokumentacji Stiftung Flucht, Vertreibung und Versöhnung (Fundacja Ucieczki, Wysiedlenia i Pojednania), otwartym w 2021 roku.
Zdjęcia na wystawie wykonał Hanns Tschira, który – po zbombardowaniu swojego berlińskiego mieszkania – uciekł z rodziną i asystentką Martą Marią Schmackeitl do wojennie chronionej Śląska, do wioski Lübchen an der Oder (dzisiaj Lubów). Mieszkali tam pół roku, aż do 21 stycznia 1944, kiedy sama wioska musiała uciekać. Tschira towarzyszył im w ich pięciotygodniowej odysei, dokumentując ją w około 140 fotografiach.
Seria została odkryta na nowo przez Lucię Brauburger, podczas poszukiwań zdjęć do filmu dokumentalnego o nowoczesnej historii Niemiec, i opublikowana w 2004 roku, uzupełniona notatkami asystentki Tschiry, w książce Abschied von Lübchen: Bilder einer Flucht aus Schlesien. Przy tej okazji wystawiono wszystkie 140 zdjęć wraz z kilkoma dodatkowymi, pokazującymi późniejszy los uchodźców i wioski. Niestety oświetlenie wystawy jest bardzo niekorzystne – jeśli nie wręcz amatorskie: odbicia są liczne, czego nie dało się uniknąć nawet na moich własnych zdjęciach ekspozycji. Mimo to zdjęcia pozostają głęboko poruszające. W niektórych przypadkach odbicie niekończącej się serii zdjęć z przeciwległej ściany wydaje się dodawać kolejną warstwę znaczenia.
Władze nazistowskie, które aż do ostatniej chwili obstawały przy bliskim zwycięstwie Niemiec, nie zwracały żadnej uwagi na ewakuację ludności cywilnej. Wszędzie dotknięte wioski musiały organizować własną ewakuację w ostatniej chwili. W Lübchen sekretarz okręgowy partii nakazał ewakuację telefonicznie wieczorem 20 stycznia 1945, gdy Armia Czerwona była już tylko pięćdziesiąt kilometrów od Dolnego Śląska. Mężczyźni w wieku od 16 do 60 lat musieli stawić się do „milicji ludowej” (Volkssturm); wyjechać mogły tylko kobiety, dzieci i osoby starsze.
Zbiórka we wiosce rozpoczęła się wcześnie rano 21 stycznia. Tschira zaczął fotografować wydarzenia od pierwszej chwili.
Ustawienie nowo utworzonych jednostek Volkssturm w centrum okręgu Guhrau, a następnie ich wyjazd na wschód, aby powstrzymać nadciągającą Armię Czerwoną.
Zbiórka w Lübchen. Ostatnie zdjęcia przed domami rodzinnymi. Tschira fotografuje tutaj swoją własną rodzinę i ich gospodarzy. Wówczas sądzono, że przeprowadzą się tylko do pobliskiego centrum okręgu Lüben (dziś Lubin) i wkrótce wrócą. Nikt jeszcze nie wyobrażał sobie, że to poranek, w którym zobaczą wioskę po raz ostatni. Na zdjęciu poniżej jego 15-miesięczna córka Gisela siedzi w koszyku; nie przeżyje podróży.
Zbiórka odbyła się w centrum wioski, przed sklepem ogólnospożywczym Fritza Hanke (wyżej) i rzeźnią Bruno Peickerta (poniżej). W sumie zebrało się 350 osób z Lübchen i sąsiedniej wioski Korangelwitz, w tym 120 dzieci. Mogli zabrać ze sobą tylko niezbędne rzeczy. Ponieważ wieś leżała nad Odrą i miała niewiele dobrych dróg, transport odbywał się głównie drogą wodną, a złożono jedynie dwanaście wozów. Niektóre konie nigdy wcześniej nie ciągnęły wozu. Bez mężczyzn kobiety musiały udźwignąć większość ciężaru. Temperatura wynosiła -15 °C, a wkrótce pojawiły się śnieżyce. Tylko w okręgu Guhrau w tych dniach wyruszyło sześćdziesiąt takich kolumn, obejmujących około 25 000 osób.
Większość dramatycznych fotografii pokazuje samą długą wędrówkę: marsz w zimnie, śniegu i deszczu, czasami krótki postój, czasami na kilka dni tam, gdzie się zatrzymali, a potem znowu w drogę. Dokładnie miesiąc i 350 kilometrów – i nawet wtedy mieli więcej szczęścia niż uchodźcy z Prus Wschodnich.
Z powodu ograniczonej liczby wozów wiele osób—szczególnie flisaków—podróżowało na rowerach, podczas gdy matki z małymi dziećmi prowadziły je w wózkach przez całe 350 kilometrów.
Wiele zdjęć ukazuje solidarność: mieszkańcy wsi i inni uchodźcy trzymają się razem, wzajemnie sobie pomagają. Pokazują też pomoc, jaką otrzymują – jedzenie, schronienie, opiekę medyczną, chochlę gorącej zupy, a nawet filiżankę kawy dla wszystkich – w śląskich wsiach, przez które przechodzą, wsiach, które same są ewakuowane kilka dni później. Z pamiętników wynika, że tutaj otrzymywali znacznie więcej wsparcia niż na końcowych miejscach w Niemczech Środkowych, gdzie przez wiele lat wciąż nazywano ich „Polakami” lub „Cyganami”, a miejscowi nie pozwalali swoim dzieciom bawić się z dziećmi nowo przybyłych.
W Lichtenwaldau każdy dostaje filiżankę kawy – w czasie wojny niezwykle cenny skarb. Dwa dni później ta wieś również zostaje ewakuowana.
W Nieder Bielaubau, nad brzegiem Nysy, ostatnia polowa kuchnia Wehrmachtu gotuje dla uchodźców, zanim wszyscy ruszą w dalszą drogę.
Jednocześnie zdjęcia nie pokazują niektórych elementów opisanych w pamiętnikach: zniszczeń, martwych koni i ludzkich ciał leżących przy drodze, niezliczonych grobów dzieci, chaotycznego odwrotu Wehrmachtu, przewracających się starszych ludzi, chorych dzieci i rozpaczy matek.
Tschira był zawodowym fotografem. Nie tylko dokumentował wydarzenia, ale niemal na pewno już myślał o tym, jak zdjęcia mogą być wykorzystane, wybierając to, co widział, z myślą o przyszłej publiczności – i jej gustach. Po wojnie niektóre z jego zdjęć faktycznie zostały opublikowane w różnych miejscach, nie jako obrazy konkretnej kolumny z Lübchenu, ale jako ogólne ilustracje wschodniej ewakuacji.
Frankfurter Illustrierte, 1954
Ocalałe osoby z Lübchenu dotarły 20 lutego do Bautzen, gdzie ponownie znalazły funkcjonujące struktury. Stamtąd były dalej transportowane ciężarówkami: niektórzy w Góry Rudne, inni do tego, co później stało się Niemcami Zachodnimi. Większość z nich nigdy więcej nie zobaczyła wsi Lübchen, którą musieli tak nagle i bez pożegnania opuścić rano 21 stycznia 1944 roku.
Lübchen stało się Lubów dla Polaków na Śląsku, który został przekazany jako rekompensata za wschodnią Polskę. Uchodźcy przybyli tu również: częściowo Polacy z radziecko okupowanej wschodniej Polski, częściowo Ukraińcy z Polski, którzy zostali przesiedleni przez polski rząd podczas Operacji Wisła w 1948 roku z powodu rzekomego wspierania ukraińskich partyzantów przeciw komunizmowi. W obu grupach byli ludzie, którzy rozumieli ból przesiedlenia. W ten sposób niektóre powracające niemieckie rodziny w dekadach po wojnie nawiązały przyjaźnie z polskimi i ukraińskimi rodzinami mieszkającymi w ich dawnych domach – przyjaźnie, które w niektórych przypadkach przetrwały do dziś.
Polska szkoła w Lubówie, z ukraińską nauczycielką przesiedloną z regionu Wisły
Adam Strombek (1935–2013), którego rodzina została zamordowana przez ukraińskich nazistów w Nowa Brykula (dziś Нова Брикуля, rejon Ternopil, Ukraina). W Lubówie otrzymali dom piekarza Beschornera, a Strombek później został strażnikiem wałów na Odrze.
Członkowie rodzin Strombek i Beschorner w Lubówie podczas wizyt tej drugiej rodziny od 1975 roku.
Aparat fotograficzny Hannsa Tschiry i dwie zabawki dziecięce z epoki: prawdopodobnie te same dwa psy, które trzymały jego dzieci na okładce węgierskiego czasopisma














Add comment