Ryba morska

Tytuł, jak dowiedziałem się z tekstu, jest pleonazmem, bo nie istnieje coś takiego jak ryba, która nie byłaby morska — a jeśli istnieje, to szkoda o niej wspominać. Post został napisany na moje urodziny przez Wang Weia, a ja przetłumaczyłem go z hiszpańsko-katalońskiego surżyku na języki bardziej zrozumiałe. Od tautologii „ryby morskiej” tekst prowadzi nas prostą drogą do ryb spadających z nieba, do ryb tak zakochanych, że zapominają pływać, a przede wszystkim do smutnej, przesiąkniętej krwią historii wieloryba, który osiadł na mieliźnie u wybrzeży Majorki — historii, której polityczne podteksty, osadzone w momencie śmierci Franco, kluczowo interpretuje Béla Tarr. A przez cały ten czas — taki już jest wszechświat wyspy — przemieszczamy się zaledwie o kilka mil: od rybnego baru Varadero w Palmie do portu Colònia de Sant Pere.

Kiedy Tamás przyjeżdża do Palmy, odprawiamy dwa rytuały, które gwarantują szczęście dni spędzonych razem. Pierwszy polega na tym, że w drodze z lotniska do domu zatrzymujemy się w  Varadero na piwo, patrząc na katedrę i skyline Palmy z miejsca, które kiedyś było starym Passeig de la Riba.

Falochron zbudowany przed pałacem Almudaina stopniowo przekształcił się w „Passeig de la Riba”, ulubione miejsce mieszkańców Palmy, ponieważ stanowił morskie przedłużenie Bornu. Wkrótce pojawił się kiosk, który stał się popularnym punktem spotkań (poniżej). Dziś autobusy przywożą tu turystów z wycieczkowców, by rozpoczęli zwiedzanie miasta. Zdjęcie wykonano w miejscu, gdzie dziś stoi bar Varadero.

Z czasem promenada wciąż się wydłużała. Za fotografem stała latarnia „far de la Riba” (z Fotos Antiguas de Mallorca).

Drugi rytuał, również o tematyce morskiej, polega na tym, że pytam go — retorycznie — „Na co masz ochotę?”, na co odpowiedź zawsze brzmi: „Na rybę morską!”. Być może łakomstwo na chwilę przytępia słynną wrażliwość językową Tamása i nie zauważa on pleonazmu zawartego w określeniu „ryba morska” na Majorce — jakby Dunaj sięgał aż tutaj albo jakby ciągnął za sobą Balaton. Przysiągłbym, że nie da się kupić na Majorce świeżej ryby, która nie pochodziłaby z morza, a niektórzy Majorkańczycy pewnie nawet nie zdają sobie sprawy, że w tych dziwnych, mdłych wodach śródlądowych mogłoby się znaleźć cokolwiek jadalnego.

Dla kontrastu — wiele lat temu to ja pojechałem do Budapesztu, zabierając ze sobą kawałek morza. Były to dwa duże pudła dorady, które przemyciłem. O szóstej trzydzieści rano poszedłem na Mercat de l’Olivar, kupiłem osiem porcji dorady, zdobyłem dwa styropianowe pudła z laboratorium analiz klinicznych głównego szpitala w Palmie, wypełniłem je do połowy suchym lodem używanym do transportu próbek medycznych, włożyłem po cztery ryby do każdego pudełka, wszystko szczelnie zakleiłem taśmą i pojechałem na lotnisko, jakbym niósł po prostu dwie dodatkowe walizki. Taśma bagażowa połknęła je bez oporu, a dorady podróżowały szczęśliwie, bez jednego wstrząsu i bez konieczności okazywania paszportu, w luku bagażowym samolotu Wizzaira. Byłem przekonany, że już ich nigdy nie zobaczę, ale pojawiły się nienaruszone na taśmie w Budapeszcie. I nie tylko je zobaczyliśmy — tego samego wieczoru pożarliśmy je, przygotowane po majorkańsku w piekarniku Tamása.

Oczywiście znacznie większym wyczynem było to, czego dokonał dyrektor cyrku, który przewiózł wieloryba na węgierską równinę, by wystawiać go na pokaz, podczas gdy powoli gnił w naczepie ogromnej ciężarówki (nie istnieją styropianowe pudła tej wielkości ani wystarczająca ilość lodu). W tamtym przypadku jednak obecność morskiego zwierzęcia doprowadziła do mrocznego wybuchu skrajnej przemocy wśród mieszkańców wioski. Tę niepokojącą historię sfilmował Béla Tarr w Harmoniach Werckmeistera (scenariusz: László Krasznahorkai, 2000).

Zwierzęta morskie mają tajemnicze zwyczaje i czasem zachowują się kapryśnie, pojawiając się i znikając bez niczyich instrukcji. Jakiś gatunek znika z łowisk i nie wpada ani jedna rybka — aż nagle, równie niespodziewanie, powraca i zapełnia sieci rybaków.

A niektóre ryby zakochują się tak szaleńczo, że tracą wolę pływania. Alle de Wercken van den heere Jacob Cats, 1655, s. 32

Czasem ryby spadają na nas nawet w postaci deszczu, jak dziwił się Seneka w Naturales Quaestiones („Quid quod saepe pisces quoque pluere visum est?…” [Dlaczego ludzie tak często widują ryby spadające z nieba?], I, 6, 2–4) albo Atenajos w Deipnosophistae („Ferunt etiam pisces de caelo decidisse…” [Mówią, że zdarzało się, iż ryby spadały z nieba], VII, 331e–f); a za nimi całe mnóstwo opowieści przesyconych mirabilia, od średniowiecza po barok: Izydor z Sewilli (Etymologiae XIII, 7, 7), Albert Wielki, Cardano, Kircher… Albo choćby Olaus Magnus w swojej księdze o niepoznanych krainach Północy (1555):

Olaus Magnus, Historia de gentibus septentrionalibus, lib. XX. „De piscibus” – Cap. XXX. „De lapsu Piscium, Ranarum, Murium, Vermium, & Lapidum”, s. 726

O ile mi wiadomo, wieloryby nigdy nie spadały z nieba. Powszechnie wiadomo jednak, że zwierzęta te mają skłonność do straszenia nadmorskich społeczności, niespodziewanie pojawiając się na plażach i często wybierając zaludnione miejsca na swoje ostatnie godziny i śmierć — ku przerażeniu świadków. Jedną z najciekawszych historii tego typu jest opowieść o bestii, którą poddani Justyniana I (527–565) ochrzcili mianem Porfyrios i która przez ponad sześćdziesiąt lat terroryzowała wszystkie statki zbliżające się do Konstantynopola. Prokopiusz z Cezarei opisał ją w Historii sekretnej oraz w Wojnach *, podając szczegóły dotyczące jej ogromnych rozmiarów i dzikości. Porfyrios atakował zarówno rybaków, jak i okręty wojenne, zatapiając je jednym uderzeniem ogona. Pomimo prób zniszczenia bestii inspirowanych przez samego cesarza (który niestety nie wpadł na pomysł, by modlić się do świętego Rafała z Etiopii), Porfyrios zakończył swe grabieże dopiero w dniu, gdy, ścigając delfiny, osiadł na mulistych płyciznach u wejścia do Morza Czarnego i nie mógł wrócić na głęboką wodę. Zaalarmowani mieszkańcy przybiegli na miejsce z siekierami i nożami, lecz narzędzia te ledwie przebijały jego skórę. Ostatecznie udało się go spętać i z wielkim trudem wyciągnąć na ląd, gdzie posiekano go na kawałki, a wielu z obecnych urządziło na miejscu radosne i niezwykle obfite grillowanie. Można wątpić, czy ta bestia rzeczywiście była Porfyriusem, faktem jednak pozostaje, że od tamtego dnia żaden wieloryb nie terroryzował już Bosforu.

W literaturze współczesnej istnieją pewne osobliwe stałe, gdy pojawiają się osiadłe na mieliźnie wieloryby lub ich truchła — ogromne ciała rozkładające się, z którymi nikt nie wie, co zrobić. Często stają się one symbolami władzy w stanie rozkładu albo sytuacji społecznej naznaczonej tlącymi się, nierozwiązywalnymi napięciami, których nie sposób ubrać w słowa, a których ukryta obecność nieodwracalnie zatruwa powietrze i współżycie. Taki właśnie jest duszny ciężar filmu Béli Tarra, ale odnajdziemy go również — na mniejszą skalę i opakowanego w charakterystyczną ironię — w opowiadaniu Eduarda Mendozy La ballena (z tomu Tres vidas de santos, 2009), z martwym wielorybem w porcie Barcelony pod koniec lat pięćdziesiątych.

Jest to także odległe tło bardziej bezpośredniej historii, którą chciałbym teraz przywołać.

 Colònia de Sant Pere, Artà, na początku lat siedemdziesiątych. Tak widział ją Rafel Ginard w swoich Croquis artanencs (1929): „… nędzne miejsce z drobnymi domkami, jak budki jarmarczne albo chatki z szopki, biedne i żałosne, z cienką, jałową ziemią, gdzie tylko tamaryszki i odrobina winorośli potrafią się utrzymać, bez innego bogactwa niż słony wiatr, morska woda i bezlitosne słońce. Ziemia to czerwona margla, jakby ugniatana krwią i ogniem słońca, który wciąż ją pali i wypala coraz mocniej. Figowce mają uschnięte gałęzie i wychudzony wygląd ludzi, którzy zaznali wielkiego głodu i ledwo wiążą koniec z końcem, pochylone, jakby gotowe do ucieczki, z jedną nogą już uniesioną. A jednak, pośród tej przytłaczającej melancholii, dostrzeżesz kroplę radości: krzewy kaparów o niezwykłych rozmiarach, osłaniające polanę wielkości klepiska, i tu i ówdzie pas zielonych trzcin, które gdy przechodzi przez nie wiatr, brzmią jak flet. Zabudowania Colònii, rozrzucone w pięknym nieładzie wzdłuż nagiej, czarnej, kamienistej plaży — wypalonych kamieni, które przybrały tak wściekłą czerwień, że aż boli patrzeć — kontrastują w typowy sposób z białymi, wapiennymi obramieniami okien.” Tutaj można zobaczyć wiele dawnych fotografii miejscowości

Jest piątek, 15 stycznia 1976 roku. Od niespełna dwóch miesięcy Franco gnije w Dolinie Poległych (a właściwie robił to już na długo przed pochówkiem), a w Hiszpanii nikt do końca nie wie, co wydarzy się dalej. Nad Colònia de Sant Pere — małym portem rybackim na Majorce, wciąż jeszcze nietkniętym przez turystyczną dewastację, bardzo blisko Artà — wstaje świt. Pułkownik Guardia Civil obserwuje, jak zaledwie kilka metrów od wejścia do portu w wodzie pojawia się przerywany słup pary. Rzeczywiście, krąży tam wieloryb, podpływając coraz bliżej cum. Jest ogromny. I wygląda na ciężko rannego. W połowie poranka dwie łodzie rybackie — zbyt kruche — nerwowo próbują powstrzymać zwierzę przed wpłynięciem do portu, lecz nie są w stanie go ruszyć. W wodzie jest dużo krwi. Zapada decyzja, że najlepiej będzie wyciągnąć go na brzeg, co udaje się, gdy wiążą liny wokół ogona. Umierający wieloryb, wyczerpany, potrafi już tylko dmuchać. Pozostaje przy życiu i straszliwie jęczy, gdy później wspinają się na niego chłopcy z Colònii oraz inni, którzy przybiegli z Artà, by zobaczyć to dziwo. To niemal karnawał — najlepsza możliwa zapowiedź wielkiej nocy Sant Antoni — ognia, błogosławieństwa zwierząt i diabła; znajdujemy się w samym sercu zimowego świętowania, zwłaszcza w Artà i miejscowościach północy wyspy. O zmroku wieloryb — płetwal długości około 14 metrów — jest martwy, a cały jego ciężar spoczywa na falochronie, na który udało się go wyciągnąć. I oto mamy wszystkie składniki filmu, który można by opowiedzieć zarówno w neorealistycznym, a nawet szyderczym tonie Berlangi, jak i z metafizyczną gęstością opowieści o wielorybach rodem z Moby Dicka — choć śródziemnomorski temperament wyraźnie popycha ku temu pierwszemu.

Guardia Civil i Dowództwo Marynarki w pośpiechu próbują ustalić swoje wzajemne prawa i kompetencje wobec zwłok potwora

Dwa dni po pojawieniu się wieloryba wybuchają wszystkie pytania. Do kogo on należy? Kto odpowiada za ten cały bałagan? Co wioska może zyskać z tej masy mięsa i tłuszczu — i z kości? Czy można by zawiesić szkielet i stworzyć muzeum, by przyciągnąć turystów? Od czego w ogóle zacząć? Wieloryb zaczyna cuchnąć.

Rankiem po Sant Antoni wiadomość dociera już do prasy ogólnokrajowej. ABC pisze o sporach wokół „możliwego zainteresowania turystycznego” wystawienia szkieletu wieloryba w wiosce, wbrew dążeniom Dowództwa Marynarki i Instytutu Oceanograficznego, które chciałyby go przejąć, a także o skromnej interwencji kilku pionierskich ekologów z GOB, mających własne pomysły na zachowanie szczątków. Już teraz można wyczuć scenariusz ton mięsa, krwi i narastającego, nie do zniesienia smrodu

Na szczęście ludzie na Majorce z natury są spokojni i wszystko zostało stopniowo uporządkowane dzięki dobrej woli i błogosławionemu lenistwu, które nas charakteryzuje. Na innych wyspach osiadłe wieloryby wywoływały masakry, jak ta w 1833 roku na Convincing Ground w Australii. Nasz przyjaciel Miquel Àngel Llauger właśnie opublikował swoje wspomnienia z tych dni, które ożywiały życie w Colònia de Sant Pere. Miał wtedy trzynaście lat i zafascynowany czytał Sto lat samotności, więc jego relacja mogła się zacząć tylko tak: „Wiele lat później, stojąc przed spalonym bielą ekranu, sześćdziesięcioletni pisarz wspomina odległy zmierzch, kiedy ojciec zabrał go zobaczyć wieloryba” (Díptic de la balena, 2025). Szkoda, że nie powstała żadna relacja na żywo z tych wydarzeń i że nie zachowały się żadne dobre zdjęcia. Prawda została więc ograniczona do indywidualnych wspomnień i przekazu ustnego wśród uczestników — i tych, którzy wierzą, że brali w tym udział — z nieuniknionymi rozbieżnościami i gorącymi kłótniami o to, kto co zrobił lub postanowił inaczej. Nawet tak, zebrane zdjęcia w Fotos Antigues de Artà dostarczają niezwykłych świadectw.

Pierwsze chwile pojawienia się wieloryba, słabo pluskającego w zakrwawionej wodzie i uderzającego o skały falochronu

Pierwsza decyzja była taka, żeby przywiązać go do łodzi i odholować z powrotem na morze. Instytut Oceanograficzny ostrzegał, że wiatr i fale sprowadzą go z powrotem w to samo miejsce, co rzeczywiście się stało, mimo przywiązania dwóch kotwic z nadzieją, że się zanurzy. Tydzień później wrócił ponownie, w znacznie gorszym stanie. Rozważano również możliwość — klasyczną w takich przypadkach — wysadzenia go w powietrze materiałami wybuchowymi, ale z powodu braku środków pomysł odrzucono.

„Ostateczne rozwiązanie” polegało na sprowadzeniu potężnej koparki (traktor lokalnego rolnika nie wystarczył) i wyciągnięciu go na brzeg. Nurek w skafandrze wszedł do wody, by przywiązać go za ogon.

A potem nadszedł czas na poważne działania. Z piłami łańcuchowymi praca zamieniła się w prawdziwą rzeź. Duże kawałki mięsa zabrano na morze, mając nadzieję, że takie smakołyki dla ryb przyniosą korzyść połowom. Niektórzy zabierali kawałki do domowych zamrażarek. Inni twierdzili, że tłuszcz jest równie dobry jak smalec wieprzowy.

Po wielu godzinach niemal bezowocnej pracy, gdy smród stał się tak nieznośny, że trzeba było zakrywać nos chusteczką, w końcu znaleziono rozwiązanie ostateczne: oblanie dużej ilości pozostałości, których nie dało się usunąć, kanistrami z benzyną i podpalanie ich aż do popiołu. Paliło się przez cały tydzień.

Nie przewidziano jednak, że spalanie całego tego tłuszczu wyprodukuje czarny dym, a co gorsza, lepkie popioły, które przyklejały się do ścian, okiennic i szyb — a nawet do ubrań przechowywanych w szafach. Przez następne miesiące każdy kąt trzeba było szorować detergentem.

Co ostatecznie stało się z tak upragnionymi kośćmi, pozostaje tajemnicą. Instytut Oceanograficzny i Dowództwo Marynarki szybko zrezygnowały z jakichkolwiek roszczeń, prawdopodobnie, by nie musieć brać na siebie odpowiedzialności. Na początku mieszkańcy wioski entuzjastycznie świętowali przekazanie zwłok, ale w rzeczywistości mieli już dość potwora i szybko stracili zainteresowanie przyszłością szczątków, a gdy zakończyły się obchody Sant Antoni, powrócili do swoich spraw. Plama spalonego tłuszczu pozostała na długo jako jedyne świadectwo wizyty Lewiatana. Miquel Àngel Llauger spędził kilka miesięcy, badając, co stało się ze szkieletem. Informuje, że niektórzy młodzi ludzie z wioski zbierali szczątki z zamiarem ich oczyszczenia i wykorzystania, ale kawałki zostały rozrzucone. Wielka czaszka, którą przez kilka lat można było zobaczyć w restauracji w Port de Pollença, w Restauracji Llenaire, dawno zniknęła. Wiadomo, że jeden duży kość zabrał do swojego atelier malarz Miquel Barceló. O reszcie nigdy więcej nie słyszano. Potwór zniknął, pozostawiając tylko czarną plamę na ziemi, tak jak demony znikają wśród żaru i iskier podczas Sant Antoni foguerons. Wolniej, i z dobrze policzonymi kośćmi, znikał również Franco w tych samych miesiącach.

Adrian Collaert, Piscium vivae icones (Antwerpia: s.n., ok. 1610)

Add comment