Czterdzieści nóg Szahmerana 2

Następnego ranka zacząłem już pracować w warsztacie. Było tam kilka mniejszych stołów: nici, farby, szpule, ramki, płótna, słoiki, listwy. Nauczyłem się mieszać farby, nawijać nici, ustawiać tamborek do haftu i kilka innych drobnych prac. Ale tak naprawdę chciałem nauczyć się rysować. Mistrz zauważył moją niecierpliwość i uśmiechnął się w duchu z mojego pośpiechu.

Trzeciego dnia posadził mnie obok siebie.

– „Trudno narysować coś, czego nie znasz, Ilyasie” – powiedział.

– „Człowiek nie powinien dotykać tego, czego nie zna.”

– „Ale jeśli to zrobi, musi też przyjąć poznanie.”

– „Przyjąć poznanie jest trudne, Ilyasie.”

– „Wiedza przeraża człowieka, napawa strachem. Wiedza jest też trochę przekleństwem…”

– „Opowiem ci historię Szahmeran.”

– „A teraz zacznij rysować!”

– „Jeśli pozwolisz, mistrzu, wolałbym najpierw posłuchać, a potem rysować” – powiedziałem.

– „Nie można” – odpowiedział. – „Może wtedy w ogóle nie potrafiłbyś rysować. A jeśli zrozumiałbyś wszystko naraz, w ogóle byś nie mógł. Na początku nie trzeba wiedzieć zbyt wiele. Wiedza ma swój czas. Człowiek odczuwa jej brak w swoim życiu. Wiedza, której brak w życiu nie jest odczuwalny, nic nie wnosi. A gdy nadejdzie moment, w którym nie będziesz mógł już zrezygnować z rysowania – wtedy tak, wtedy przyjmiesz pełne poznanie.”

Oczywiście nie rozumiałem wszystkiego, co mówił. Ale czułem to. Ostrożnie wyciągałem własne wnioski. I starałem się dokładnie wykonywać wszystkie jego polecenia.

Mistrz kontynuował:

– „Najpierw spójrz na pustą biel przed sobą, jakbyś patrzył w mętną wodę. Tak jak patrząc w niebo, chmury przybierają kształty – góry, ptaki, ludzie – tak patrz na tę białą pustkę jak na skupisko chmur. Wyobraź sobie postać Szahmeran i spróbuj ją narysować węglem. Będzie podobna do tych, które rysowali przed tobą – nie bój się tego. To nieunikniona droga, droga, którą trzeba przejść. To przystanek, którego nie można pominąć. Na początku będzie prymitywna, dziecięca, podobna do wcześniejszych, ale wciąż musi być twoja. Wśród linii widzianych i podpatrzonych od innych musi pojawić się też twoja własna linia – nawet jeśli drży, nawet jeśli jest słaba. Musi mówić: ‚Patrzcie, tu jestem!‘ Musi pokazać, że może być kontynuowana.”

– „Od czego zacząć, mistrzu?” – zapytałem.

Uśmiechnął się. Zmarszczki, które dopiero zaczynały się pojawiać na jego twarzy, uchwyciły delikatną białą jasność, która zawsze w nim jaśniała.

– „Racja, prawie o tym zapomniałem” – powiedział. – „Często zaczyna się od tego pytania: od czego zacząć?” Jakby przypomniał sobie siebie i każdego ucznia. – „Zacznij gdziekolwiek, byle by mogło być kontynuowane” – powiedział. – „Albo zacznij tak, by móc kontynuować.”

Pierwszego dnia narysowałem kilka Szahmeranów węglem na papierze. Pokazałem je mistrzowi. Spojrzał i uśmiechnął się.

– „Żaden z nich nie jest taki sam jak drugi” – powiedział.

Narysowałem jeszcze kilka i pokazałem znowu.

– „Teraz są wszystkie takie same” – powiedział.

Nie rozumiałem, czego mistrz chce, nie wiedziałem, jak mu dogodzić, i nad tym się zastanawiałem. Zmarszczyłem pewnie brwi, bo powiedział:

– „Nie rób takiej miny. Idziesz dobrą drogą. Człowiek w rzeczywistości zawsze rysuje to samo, a mimo to żaden nie jest podobny do drugiego. I nie powinien być podobny. Ale by dojść tutaj, czeka cię długa droga. Jesteś jeszcze bardzo młody. Tą drogą musisz iść cierpliwie: wytrwale, bez zmęczenia, bez znudzenia, stawić czoła wszystkim trudnościom, nie zdradzając siebie ani swojej pracy. To jest to, czego rysownik Szahmeran musi się najbardziej nauczyć: nie zdradzać. Na tym nam najbardziej zależy.”

Narysowałem ogromnego Szahmerana.

Może myślałem, że jeśli będzie wystarczająco duży, pomieści wszystko.

Mistrz jakby odgadł moje myśli: uśmiechnął się do mnie i pogładził moje włosy. Czułem, jak jego palce delikatnie przesuwają się między moimi włosami. Jakby pierwszy raz mnie dotykał.

Myślałem, że nie będę się wstydził być uczniem przy mistrzu Szahmerana; a jeśli kiedyś spotkam starego przyjaciela na rynku, trzymającego za rękę swoją matkę lub ojca, będę mógł mu spojrzeć w oczy i uśmiechnąć się do niego.

Myślałem, że kocham tę pracę.

A teraz, kiedy to wszystko piszę, wcale nie czuję, że zdradziłem mistrza.

Nadal uważam, że to, co robię, to wciąż tworzenie Szahmerana.

 

2.

Przyciągnąłem mały stołek i usiadłem obok kolan.

Mistr rzekł:

– „Zastanówmy się przez chwilę: czym właściwie jest Szahmeran? Kim on jest?
Co opowiada ta wyniosła postać, która od wieków wędruje od glinianych ścian wiejskich kawiarni po kawiarnie w miastach? Co mówi ludziom ten Szahmeran, który pojawia się wyhaftowany na poszewkach poduszek i narzutach?

Pomyślcie: ilu twórców Szahmerana mieszka na tych ziemiach; każdego roku setki rysują jego obrazy, tworzą tablice i je sprzedają. Ci, którzy je kupują i wieszają na swoich domach, co w nich widzą? Jaką pamięć przechowują na swoich ścianach?

Jaka trucizna kryje się w sercu opowieści Szahmerana? Ta trucizna, która od tysiąca lat rozchodzi się z ust do ust w smaku baśni. Przyjaźń między wężem a człowiekiem – którą można by też nazwać wrogością – sięga bardzo daleko, aż do historii o jabłku.

W tej bajce wąż jest szlachetny, a człowiek zdradliwy.

Co Szahmeran powiedział Camsapowi:

„Mówiłem ci, Camsapie, człowiek zdradza.”

Zacznijmy od początku;
aby móc ciągle wracać do prawdy, po której Szahmeran pełza na swoich czterdziestu nogach:

Dawno, dawno temu – w czasach, których dokładnie nie znamy lub nie chcemy znać – żył mądry człowiek o imieniu Danyal. Nie zadowalał się tym, co otrzymał: zawsze szukał więcej, drążył pod powierzchnią widocznego. Nie ograniczał się do tego, co wiedział; nie był zadowolony ze swojej codziennej pracy; widoczna – lub pozornie widoczna – strona życia mu nie wystarczała. Zawsze pragnął czegoś więcej: głębszej, ukrytej prawdy, o której wierzył, że gdzieś głęboko się kryje.

Wiedza i nauka były jego pasją. Poświęcił swoje życie (i śmierć), aby stać się uczonym i mędrcem. Dlatego inni ciężko go rozumieli. Ale Danyal od dawna zaakceptował tę samotność. Kto wybiera wiedzę, czy nie musi też zaakceptować samotności i odrzucenia?

Przez wiele lat pracował w różnych dziedzinach, od medycyny po filozofię, osiągał niezwykłe wyniki i tworzył wyjątkowe myśli. Z jednej strony prowadził badania wyprzedzające jego epokę; z drugiej strony zajmował się tematami, które interesowały uczonych wszystkich czasów. Na przykład badał tajemnicę nieśmiertelności; szukał sposobu na wieczną młodość i niekończącą się siłę życiową.

Wszystko kryje się w łonie natury. Ale ile naprawdę wiemy o tym, co daje nam natura? Spośród wielu rzeczy, które widzimy i dotykamy – czy naprawdę je znamy? Czy wiemy, co skrywają w swojej istocie?

Z ziół przygotowywał skuteczne maści; te maści szybko goiły nawet najgłębsze rany i łagodziły najostrzejszy ból. A kiedy widział te małe cuda, uwierzył, że pewnego dnia osiągnie nieśmiertelność.

Ale czas Danyala nie był wystarczający. Jego życie nie wystarczyło, aby osiągnąć nieśmiertelność.

Wiedza, nauka i badania nie mają końca – ale życie ludzkie tak. Życie dane przez naturę jest ograniczone. Kiedy zbliżał się do śmierci, wezwał swoją żonę.

Obok jego łóżka leżała czarna księga, w której zapisał wszystko, czego się dotychczas nauczył. Całe swoje życie skondensował na tych stronach, całe życie zamknięte w jednym zeszycie. Gdy jego żona podeszła do niego, wzięła księgę do rąk. Teraz trzymała w rękach całe jego życie.

Powiedział:

– „Nie posunąłem się wystarczająco daleko; niech mój syn kontynuuje tam, gdzie ja skończyłem.

– Moje życie nie wystarczyło; tam, gdzie kończy się moje, niech kontynuuje mój syn.

– Życie człowieka jest krótkie. To, czego się uczymy, co wiemy, co zdobywamy, ma znaczenie tylko wtedy, gdy trwa z innymi, z życiem innych. W przeciwnym razie wszystko znowu trafia do ziemi wraz z nami. Tę książkę powierzam mojemu synowi, a mojego syna tej książce.”

Księgę przekazał swojej żonie – czyli powierzył jej swoje życie.

Potem zamknął oczy, aby ich już nigdy nie otworzyć.

Syn Danyala był jeszcze bardzo mały.

Danyal umarł.

I pozostał tylko jego syn.

 


Jego syn był psotny, chytry, ciekawy świata… Szybko rósł. Nadszedł czas, gdy jego matka posłała Camsapa do szkoły. Ale Camsap był uparty i figlarny. Nie uczył się. Wszystkie myśli jego matki krążyły wokół czarnej księgi leżącej na dnie szuflady; Camsap musiał nauczyć się alfabetu, nauczyć się czytać, aby, gdy nadejdzie czas, jego matka mogła podać mu czarną księgę i kontynuować w miejsce swojego ojca, czyli spełnić ostatnią wolę ojca.

Kiedy Camsap uczęszczał do szkoły, albo jej unikał, gdy unikał domu i życia, spędzał całe dni na drzewach, nad strumieniami, rzekami i w ciemnych zakątkach lasu, zdał sobie sprawę, że to wszystko jest tylko snem. Z czasem powoli zapomniał również o czarnej księdze, która leżała samotnie na dnie szuflady. Musiał o niej zapomnieć. Zobaczył, że nie ma innej drogi, więc zabrał syna ze szkoły i wprowadził go do pracy. Dostał osła, wypuścił go do lasu; wraz z przyjaciółmi zaczęli ścinać drzewa. Niosąc siekiery na plecach, gwizdając, codziennie wchodzili do lasu, ścinali drzewa i w ten sposób zarabiali na utrzymanie rodziny.

Z czasem jego matka również przyzwyczaiła się do swojego syna. Camsap nie był taki, jak myślał Danyal – ani jak o nim śnił. Gdyby mógł prowadzić własne życie, być może taki byłby, a być może nie, ale nikomu już nie miało sensu nad tym się zastanawiać. Chłopcy nie są naśladowcami ojców. Ojcowie muszą przestać patrzeć na swoje dzieci, jakby były ich sługami. Syn nie jest sługą; syn jest synem.

Camsap był Camsapem. Nie było innej opcji niż zaakceptować go takim, jaki jest. Stał się pełnoprawnym człowiekiem, ze swoim własnym losem.

Dni spędzane z przyjaciółmi były radosne i beztroskie. Zamienili swoją pracę w zabawę. Dla nich ścinanie drzew było niczym innym jak radosną podróżą. Byli jeszcze bardzo młodzi, nie stawiali czoła podstawowym problemom życia; nie wiedzieli, czym jest wybór, odpowiedzialność ani prawdziwy ból; po prostu żyli i wierzyli, że życie zawsze będzie takie samo. Żarliwość młodości oślepiała ich. Brakowało im podstawowej wiedzy o świecie i życiu; nie znali jeszcze siebie ani ludzi. Nie mierzyli swojej siły, nie testowali swoich granic; nie sprawdzali siebie ani innych. Życie było dla nich całkowicie wolną przygodą i tak je przeżywali. Byli zdrowi, silni, żywi, weseli i pełni życia. Zdrady jeszcze nie znali.

Tego dnia wspięli się na szczyt lasu, do stromych skał, i zaczęli atakować ogromne, stare drzewa wysuszone słońcem. Wszyscy mieli oczy spowite mgłą pożądania. Chcieli usunąć te ogromne drzewa, aby żaden inny drwal nie zdobył nic. Prawdopodobnie myśleli, że poradzą sobie z całym lasem. Namiętność nie zna miary; człowiek musi nauczyć swoją namiętność umiaru, ponieważ tylko w ten sposób może się z nią zmierzyć.

Kiedy dotarli do stóp skał na szczycie, otoczyły ich chmury ciężkie od deszczu, a potem niepowstrzymana burza. Camsap dostrzegł małą jaskinię ukrytą w gęstej roślinności, schowaną między ciemnymi gałęziami. Wszedł do jaskini. Jego przyjaciele podążyli za nim. Godzinami czekali w tym miejscu, ponieważ deszcz nie ustępował, a Camsap grzebał w ziemi kijem, aż w końcu natrafił na marmurową powierzchnię. Oczyścił ją i zobaczył, że jest tam marmurowa pokrywa. Kiedy wspólnie ją podnieśli, odkryli ogromny ul.

Od tego czasu ul stał się ich wspólnym skarbem. Przestali ścinać drewno i zaczęli zajmować się pszczelarstwem. Znowu wsiedli na swoje osły, wspięli się na wysokie szczyty lasu, weszli do jaskini, otworzyli marmur, a miód z pełnych skrzyń sprzedawali na rynku.

Ten ul stał się ich wspólnym sekretem. Przysięgli, że nikomu o nim nie powiedzą i będą strzec tego sekretu aż do śmierci.

Minęły dni i tygodnie; nagle na dnie niekończącej się studni zaczęła się pojawiać bezdenna przepaść. Nad pustymi skrzyniami unosiła się teraz mgła opowieści…

Kto zostawił Camsapa na dnie jaskini? Według legendy zrobili to jego przyjaciele, aby przejąć jego część. Ale to wydaje się nieprawdopodobne: ostatnie skrzynie nikogo nie wzbogaciły. A nawet biorąc pod uwagę liczbę przyjaciół – co w opowieściach rzadko jest wspominane, ale skoro mówimy o „przyjaciołach”, mogło ich być kilku – to nie uzasadnia, by przejąć część Camsapa i ją odebrać.

Więc dlaczego to zrobili? Zastanówmy się…

Śledząc przebieg historii: najpierw załóżmy, że od czasów Józefa – a nawet wcześniej – ludzie mają skłonność do zdrady tych, których wrzucili do studni.

Następnie załóżmy, że u tych chłopców nadszedł czas zdrady. Powiększanie, chronienie i strzeżenie wspólnego sekretu jest trudne. Załóżmy, że wszystko pogrzebali w studni – razem z Camsapem, odkrywcą sekretu – aby sekret został zapomniany na zawsze. W końcu zdrada jest ludzką skłonnością.

 

Kiedy Camsap zrozumiał, że pozostawiono go w tej okrągłej studni swojemu losowi, spędził godziny w beznadziei. Każda godzina oczekiwania jest sama w sobie beznadziejna, prawda? Potem zrozumiał, że nie ma innej możliwości niż przyjąć swój los. Okazało się, że studnia, którą znalazł, była w rzeczywistości jego grobem, ale mógł to pojąć dopiero z czasem. Do swojego uwolnienia potrzebował próby. Lepiej było działać niż bezczynnie czekać. Zaczął rozglądać się, szukając wyjścia. Z jakiegoś powodu przypomniał sobie, z jaką radością odkrył studnię pierwszego dnia. Jakby jego obecne uwięzienie było odwrotem przeszłej radości. Albo każda radość po jakimś czasie obraca się przeciw człowiekowi. Zaczął drapać ziemię, paznokciami skrobał ściany studni. Musiał wydostać się z tego grobu za wszelką cenę, nawet jeśli miałby wejść do innego grobu, ale zdecydowanie musiał się wydostać.

Jak długo trwała ta długa, wyczerpująca walka, sam nie wiedział. Po pewnym czasie stracił poczucie czasu i przestrzeni. Dopiero później zauważył drobny promień światła na jednej ze ścian. Na początku myślał, że to złudzenie; z innego kąta spojrzał ponownie w to samo miejsce – nie, nie mylił się. To było światło. Zaczął drapać wokół światła. W miarę jak obszar wokół światła się powiększał, rosła też nadzieja na wolność w Camsapie. W końcu udało mu się zrobić dziurę, przez którą najpierw przecisnął głowę, a potem całe ciało. To było jego pierwsze zwycięstwo.

Przed nim rozciągał się długi, rozległy ogród bez granic. Kraina bajek. Albo bajka o kraju. Już w pierwszej chwili poczuł: magia ogrodu jakby uciekła z bajki. Udało mu się przecisnąć przez dziurę i wejść na ziemię innego kraju. Rozpoczął się inny czas, inny klimat.

Tam, gdzie stąpał, była kraina Szahmeran. Ale zrozumie to dopiero później. Teraz po prostu przeżywał magię odkrytego miejsca, mrowienie odrodzonej nadziei. Ten ogród rozciągał się przed jego oczami jak opaska na oczy. Rosła, rozszerzała się.

Tu mistrz przerwał opowieść.

„Dziś wystarczy,” powiedział. „Jutro będziemy kontynuować tam, gdzie skończyliśmy.”

Nie odezwałem się ani słowem.

Tego wieczoru w łóżku śniłem o krainie Szahmeran. Zasnąłem…

 

Patrzę na rękę mojego mistrza.

Jak trzyma ołówek, jak rysuje linie, zwinność jego palców.

Jego ręce płyną po stole jak woda lub poruszają się skrzydłami jak gołąb. Linie i kolory zdają się ślizgać pod jego ręką i ołówkiem. Kiedy patrzę na jego rękę, moja własna drży; moja mała ręka wydaje się słaba, krucha, nieznacząca. Mała, chuda, nieistotna… Kochałem mojego mistrza, ale żałowałem, że jego ręce poruszają się po stole jak uderzenia skrzydeł. Jednocześnie mnie to irytowało, zazdrościłem, byłem zazdrosny.

Mój mistrz powiedział: „Między mistrzem a uczniem trzeba wszystko powiedzieć, naprawdę wszystko. Nic nie może pozostać niewypowiedziane. To tradycja mistrz-uczeń.”

Ale wahałem się, czy wyrazić swoje uczucia. Wstydziłem się, że tak czuję wobec mojego mistrza. Z drugiej strony nie mogłem opanować swoich emocji. Długo się zastanawiałem, ale ostatecznie postanowiłem na razie nic nie mówić; odłożyłem wyrażenie. Myślałem: jak będę postępował naprzód, stanę się zręczny, moja ręka będzie poruszać się po stole tak szybko jak jego. Wtedy nie będę zły, nie będę zazdrosny.

Będziemy równi, a gdy będziemy równi, łatwiej go pokocham, nie będę zły, nie będę zazdrosny…

Tak wtedy myślałem.

Jak postępuję naprzód…

Add comment