„Gdzie skończyliśmy?” – zapytał mistrz.
„W krainie Szahmeran” – odpowiedziałem.
Był to bajkowy ogród – albo ogród-bajka. Szeroki, delikatnie żyłkowany marmurowy dziedziniec ciągnął się aż po horyzont, sprawiając, że człowiek zapominał o samym horyzoncie. Za długimi kolumnami otaczającymi dziedziniec zdawało się, że jest inne, kolorowe niebo; drugie słońce powoli zachodziło. W środku dużego basenu, otoczonego niebiesko-zielonymi kaflami, kolorowa fontanna muskała wodę i roztaczała wokół siebie cichą, orzeźwiającą atmosferę.
Z tego ciszy Camsap czerpał nadzieję. Chciał, aby klucz do powrotu na ziemię – objawienie, znak – pojawił się z tej bezdźwięcznej przestrzeni. Nagle zrozumiał, dlaczego raj tak często przedstawia się jako ogromny, nieskończony ogród. Pojął niebiańską nadzieję. Ile rzeczy można zrozumieć naraz, gdy stoi się samotny i bez nadziei. To była siła ciszy.
(W międzyczasie przeskanował wzrokiem ogród.)
W tym ogromnym ogrodzie nie było ani jednego jabłoni. Dla niego był to wielki – naprawdę wielki – znak zapomnienia.
Camsap powoli zbliżał się do środka ogrodu, gdy po prawej stronie dziedzińca, na wyższym podium, dostrzegł tron o niesamowitych rozmiarach i pięknie. Tron zdobiły niezliczone kolorowe klejnoty, perła i rzeźbione wzory. Emitował nieskończoną moc i niezachwianą władzę. Gdy dotarł do schodów tronu, nagle do ogrodu wkroczyło wielu ifritów, węży i smoków, współgrających z baśniową atmosferą ogrodu.
Cisza została przerwana w najstraszniejszym momencie.
Kiedy Camsap po raz pierwszy odkrył ogród, w samym środku ciszy i chłodu miał poczucie, że wkrótce się uwolni i że wieczorem będzie już w domu. Ale teraz jego strach i zdumienie wszystko zatarły, zastępując głębokim poczuciem beznadziei. Teraz uważał, że nawet niebo nie jest pewnym schronieniem. Zrozumiał, że nieskończone niepokoje człowieka nie mogą być ukojone niczym – jedynie doskonałą ciszą, czyli śmiercią.
Nagle w górę wzniosły się kolorowe dymy; każda chmura malowała delikatną tęczę, zanim rozpuściła się w białą mgłę. Kilka minut później ani Camsap, ani węże, ifrity i smoki nic nie widziały – ogród pokryły chmury. Całość była otoczona białą, wirującą mgłą. Wkrótce dym się rozproszył, wszystko wróciło na swoje miejsce, a pośrodku mgły pojawił się ogromny ifrit. Z wielką powagą niósł na głowie srebrną tacę i z szacunkiem położył ją na tronie.
Na tacy był Szahmeran.
Podnos unosił się w kierunku swojego tronu.
Camsap powoli uklęknął, oczarowany.
To była Szahmeran. Rozpoznał ją.
Jej podobiznę widział już na niezliczonych tablicach. Żadna nie była do niej w pełni podobna, ale każda przypominała Szahmeran. Nie znał jednak jej historii. Nie słyszał jej, nie pytał, nie interesował się. Gdyby ją znał, gdyby wiedział, jakie miejsce zajmuje w historii, czy wszystko byłoby inne? Tego już się nie dowiemy.
„Witaj w moim królestwie” – powiedziała Szahmeran. „Nie bój się; węże, ifrity i smoki, które widzisz wokół siebie, są wszyscy moimi przyjaciółmi i pomocnikami. Nikt ci tu nie zrobi krzywdy.”
Camsap pomyślał, że dla Szahmeran te istoty to „nikt”.
Każdy ma w swoim życiu własnych „nikogo”.
„Nazywam się Yemliha. Jestem królową wszystkich wężów na ziemi. Ludzie i moi poddani znają mnie jako Szahmeran. Teraz jesteś pod moją ochroną; nic ci nie grozi. Ale musisz mi powiedzieć, jak tu trafiłeś i czego tu szukasz.”
Camsap opowiedział Szahmeran wszystko, co go tu doprowadziło.
Szahmeran słuchała uważnie, a potem poważnie skinęła głową:
„Więc ludzie znów nas znaleźli. To oznacza, że teraz nie odwrócą się od nas tak łatwo.”
Camsap natychmiast odpowiedział:
„Jeśli masz na myśli moich przyjaciół, którzy zostawili mnie samego przy studni i zdali się na mój los, nie mają powodów do obaw. Przede wszystkim chcą zapomnieć, co tam się stało: studnię i mnie, którego skazano na śmierć, czyli ich własną zdradę.”
Szahmeran: „Nie mówię o nich, ale o ludziach.”
„Czy to nie niesprawiedliwe, żeby wszystkich wrzucać do jednego worka?” – zapytał Camsap.
„Nie” – odpowiedziała Szahmeran. „Ludzie mają skłonność do zdrady. Dlatego nikt nie może znać naszego miejsca; naszą tajemnicę musimy chronić. Jesteśmy istotami, których życie zależy od tajemnicy. Pomyśl: kiedy tu przybyłeś, tak jak bałeś się nas, ja też się przestraszyłam, kiedy cię zobaczyłam. Uważnie słuchaj: nie mówię 'bałam się ciebie', ale 'zobaczyłam cię i się przestraszyłam'. Kiedyś zaufałam człowiekowi. Raz go wystawiłam na próbę. Za tę wiarę zapłaciłam wysoką cenę. Dlatego nigdy więcej nie chcę doświadczyć zdrady, Camsap. Ból zdrady jest taki, że część serca pęka na zawsze. Zdrada ukochanej, wiarygodnej, wiernej osoby to nie tylko ból, to coś nie do zniesienia.”
„Chcę, żeby mi ufali” – powiedział Camsap.
„Ja też chcę” – odpowiedziała Szahmeran.
Nastąpiła długa, poważna cisza. Ifrity, węże i smoki otaczające ciemny dziedziniec ogrodu słuchały rozmowy z głębokim szacunkiem.
Camsap zebrał całą swoją odwagę i zwrócił się do tajemnicy, która zawsze krążyła wokół niego, ale nigdy nie była wypowiedziana:
„Więc nie wyślesz mnie z powrotem na Ziemię, Szahmeran?”
Szahmeran milczała długo, a Camsap odezwał się ponownie:
„Przysięgam, że nikomu nie ujawnię tego miejsca…”
Kiedy po raz pierwszy uwolnił się z ciemnej studni i znalazł to miejsce, myślał, że wieczorem będzie w domu. Teraz jednak czuł, że nigdy nie będzie mógł się stąd wydostać, jakby wpadł w pułapkę. Uświadomił sobie, jak szybko rzeczy wymykają się z naszych rąk, jak łatwo tracimy to, co trzymamy, dotykamy i chwytamy.
„Proszę, uwierz mi” – powiedział. „Chcę czegoś więcej niż tylko to, żebyś mnie wypuścił; uwierz mi i pozwól wrócić na ziemię, do domu, do mojego domu.”
Szahmeran: „Pomyśl, Camsapie, że droga, która cię tu doprowadziła, była naznaczona zdradą. To nie jest dobry początek. Od teraz ta droga jest wybrukowana złem. Gdy zdrada się zacznie, towarzyszy człowiekowi przez całe życie.”
„Jak mogę cię przekonać?” – westchnął Camsap.
„Co chcesz udowodnić?” – powiedział Szahmeran. „Dzisiejszy Camsap może złożyć przysięgę i przekonać mnie; ale przyszły Camsap nie będzie tym, który dziś przysięga. Jak mógłbyś obiecać w jego imieniu?”
W rozpaczy Camsap zaczął płakać.
Szahmeran: „Więc słuchaj! Opowiem ci historię Belkıya.”
„Belkıyáy?”
„Tak, Belkıyáy, pierwszego człowieka, który zdradził. Jesteś gotów?”
„Tak, jestem gotów” – powiedział Camsap.
„Jesteś gotów?” – zapytał mistrz.
„Tak, jestem gotów” – odpowiedziałem.
„W takim razie kontynuujemy jutro” – powiedział.
Wtedy jeszcze nie zdawałem sobie sprawy z uwięzienia Camsapa. Wszystko wciąż miało raczej smak przygody. Dla Camsapa wszystko do momentu wpadnięcia do studni było przygodą; jego życie dopiero się zaczynało; dla mnie (albo powiedzmy dla nas – słuchaczy, pisarzy, czytelników), po jego upadku… Wszyscy byliśmy świadkami czyjegoś losu.
Być może w tym tkwi magia pisania, czytania i słuchania: oddalić od nas wydarzenia odwróconą magią.
A czasami wręcz przeciwnie: przybliżyć je…
Magia rysunku lub pisania, czyli to, co przykleja się do naszej ręki podczas tworzenia, służy do przybliżania niektórych dystansów i oddalania innych.
Tego wieczoru, leżąc w łóżku, myślałem o początku przygody Camsapa, byłem podekscytowany; to, co się wydarzy potem, dotyczyło mnie tak samo, jak jego.
Myślałem o Camsapie, rysując Szahmerana.
Ale jeszcze nie zauważyłem: w tej historii interesował mnie nie Szahmeran, ale Camsap. Z jakiegoś powodu, kiedy nadszedł czas, aby narysować twarz Szahmerana, nie wiedziałem, co zrobić z tym obrazem. Kilka wcześniejszych Szahmeranów, które narysowałem, bardziej przypominało Camsapa. Mojego własnego Camsapa.
Oczy, które rosły w niepokoju; twarz, która powierzyła swój los komuś innemu. Oczekiwanie więźnia…
Później zrozumiałem, że mimowolnie narysowałem właściwego Szahmerana. Czyż i Szahmeran nie był więźniem?
Już raz był uwięziony w szczególnym więzieniu istnienia. Ta wyniosła, święta i piękna istota nie znalazła pełnego miejsca ani w świecie ludzi, ani w świecie węży, utknęła na granicy jasnowidzenia, czekała w swoim własnym piekle, cicho i samotnie. Nawet przebudzenie jego ludu zależało od jego przeżycia.
W tamtych czasach każdy Szahmeran, którego rysowałem myśląc o Camsapie, miał być prawidłowym znaczeniem błędu. Człowiek czasem wychodzi z błędu, aby znaleźć prawdę…
Całe moje życie stało się opowieścią o Szahmeranie. Za dnia w pracowni (z realistycznym wrażeniem kolorowych nici, motków i tablic), w nocy w domu (w pustej przestrzeni spowitej ciemnością, przygotowując się do snu) historia Szahmerana była ściśle spleciona ze mną. Z tej historii nie mogłem nic odnieść do własnego życia. Wszystko było dalekie lub przynajmniej wydawało się bardzo dalekie.
Całe moje życie naprawdę było historią o Szahmeranie; w pełni zrozumiałem to dopiero później, poprzez większe poświęcenia i głębszy ból.
Kiedy poznawałem piękno i śmierć…
Ponieważ jeszcze nie wpadłem do studni, jeszcze nie rozpocząłem odkrywania własnej studni…
To jeszcze było przed nami.
3.
Zdrada Belkıya wobec Szahmerana — Opowieść Szahmerana
Kiedyś żył żydowski władca o imieniu Jusa. Większość swojego czasu poświęcał studiowaniu Tory.
Pewnego dnia czytał w części Tory, że Mojżesz nie jest ostatnim prorokiem. Studiował wyjątkowe cechy, dobrą naturę i świętą sprawiedliwość ostatniego posłańca Boga.
Od tego czasu władca był całkowicie pochłonięty tą myślą. (Chociaż misja ostatniego proroka była jeszcze daleko.) Ale obawiał się, że ta myśl osłabi jego królestwo. Jego lud uważał swoją własną wiedzę za jedyną absolutną prawdę świata; swoje własne prawa za jedyną niezaprzeczalną sprawiedliwość. Byli gotowi wierzyć w to wiecznie.
Ale gdyby ta prawda wyszła na jaw, zapanowałby chaos. Historia wstawiłaby się między ludzi a ich wiarę. Człowiek nie chce uwierzyć, że wiara i styl życia kolejnych pokoleń mogą się zmienić. Staje się zazdrosny. Gdyby istniała nieśmiertelność, nie byłaby prawdziwa. Gdyby prawda ukryta na kartach Tory wyszła na światło dzienne, jego lud nauczyłby się o ludzkiej przemianie, o transformacji.
Ale gdy myśl o doskonałości zadrży, żadna władza nie przetrwa…
Wtedy Jusa postąpił jak każdy władca, który wyobraża sobie, że stoi w miejscu historii: wyrwał te strony z Tory. Myślał, że w ten sposób zmniejszy, a jednocześnie ochroni Torę. Wyjęte strony włożył do srebrnej skrzynki, zamknął i zapieczętował. Następnie umieścił je w małym pokoju, zamknął drzwi i zabezpieczył.
Ale to go nie zadowoliło – nie mógł być zadowolony; takiego sekretu i prawdy nie da się trzymać tylko w swoich rękach. Wokół pokoju wzniosł mur, aby go ukryć. Myślał, że prawda będzie bezpieczna.
Ale wiedza, podobnie jak powietrze, woda czy światło słoneczne, należy do całej ludzkości. Żadna siła nie może jej odebrać ludziom. Ukrycie sekretu nie oznacza zniszczenia prawdy, tylko jej opóźnienie. A kiedyś prawda odbierze to, co jej się należy, od tych, którzy się przeciw niej sprzeciwili.
Tak się stało, że kilka lat później Jusa zmarł.
Nikomu nic nie powiedział.
Tron objął jego syn Belkiya.
Jusa nie podejrzewał, że prawda, którą starał się ukryć przed wszystkimi, pochłonie przede wszystkim jego syna.
Pewnego dnia, podczas przeszukiwania skarbca, Belkiya odkrył pokój za zamkniętymi ścianami. Z entuzjazmem czytał brakujące strony Tory. Te teksty przez lata czekały w ciemności i tajemnicy; teraz lśniły w pełnej krasie.
Nagle poczuł, że te strony wypełniają każdą pustkę jego życia.
Prawda oślepiła Belkię.
Zabrała mu wszystko.
Teraz wiedział coś, czego nikt inny nie wiedział.
Belkiya był oczarowany wiedzą, tym, że wie coś, czego nikt inny nie wie.
Zostawił tron i koronę bratu i stał się wędrowcem; wyruszył w poszukiwaniu prawdy.
Pewnego dnia Belkiya dotarł do wybrzeża, by dostać się na swój własny pustynny brzeg. Morze wzywało do przygody. Widok żaglowców napędzanych wiatrem; wielkich statków; opalonych marynarzy z oczami przyprószonymi wodorostami. Belkiya wsiadł na statek i wypłynął na otwarte morze. Statek zmierzał do Damaszku, aby tam szukać ostatniego proroka.
Może ostatni prorok sam nie wie, że jest ostatni. To Belkiya będzie musiał mu powiedzieć.
Statek płynął w stronę Damaszku.
Belkiya podążał za swoim snem.
Już raz wyruszył w podróż.
Kilka dni później statek dotarł na niezamieszkany wyspę. Gęsto porośnięta ciemnozieloną roślinnością, pachnąca wilgotnym morskim powietrzem, cicha. Wyglądało to, jakby na morzu leżał posłuszny kot.
Marynarze nazywali wyspę „Wyspą Snów”. Poczucie upojnego zapachu tropikalnych kwiatów, mięsiste, szerokie liście nieznanych drzew i głęboka, absolutna cisza wyspy kołysały do snu.
Marynarze zbierali owoce, których nie znali, aby uzupełnić zapasy. Belkiya przez chwilę z nimi pozostawał, zbierał owoce, a potem, z zamiłowania do samotności, oddzielił się i chciał odpocząć pod drzewem. Oparł głowę o pień i zasnął, ukołysany zapachem bladych kwiatów i cichym szumem morza.
Kilka godzin później, gdy otworzył oczy, zobaczył, że wszyscy zniknęli. Statek opuścił wyspę. W ostatniej nadziei pobiegł na brzeg, ale brzeg był całkowicie pusty. Wyspa Snów znów pochłonęła kogoś nowego, podróżnika spośród tych, którzy przybyli statkami.
W samotności kroki zawsze prowadzą w to samo miejsce. Gdziekolwiek Belkiya szedł, zawsze trafiał w cień wielkiego drzewa. Tak rozpoczął się cykl jego losu.
Po kilku dniach rozpaczy znalazł stary wózek w trzcinach i wyruszył na nową, niepewną przygodę. Powierzył swoje życie nurtowi morza…
Po kilku dniach dryfowania wózek w końcu dotarł na mój wyspę. Ta wyspa była moim terytorium. Belkiya wysiadł, a zaraz spotkał ifrita, potem kolejnego i jeszcze jednego. Próbował uciec, ale wokół niego byli tylko ifriti i węże.
Powiedziałam mu:
„Człowieku! Nie bój się ifritów i smoków, które widzisz! Podejdź bliżej! Nie wahaj się, chodź!”
Kiedy podszedł, zapytałam:
„Co robisz na tej wyspie, na której jeszcze nie stanęła ludzka stopa? Skąd przybywasz, dokąd zmierzasz? Czego szukasz pośrodku otwartego morza?”
Belkiya opowiedział swoją historię długo.
Jego poważne i dostojne zachowanie zrobiło na mnie wrażenie. Był wyraźnie szlachetny i hojny.
Natychmiast polubiłam Belkiyę. Zawsze zakochiwałam się od pierwszego wejrzenia.
„Nazywam się Szahmeran,” powiedziałam. „Ta wyspa jest moją siedzibą. Od kiedy istnieję, ludzka stopa tu nie stanęła.”
Gdy zaklęcie zostało rozwiązane, Belkiya chciał odejść…
„Nie!” powiedziałam. „Pod żadnym pozorem! Ten, kto wejdzie na tę ziemię, musi tu zakończyć swoje życie. Jeśli teraz cię puszczę, ludzie odkryją nasze miejsce; to oznaczałoby koniec naszego narodu.”
„Waszego miejsca nie powiem nikomu, ale naprawdę nikomu!” powiedział Belkiya.
Uśmiechnęłam się.
„Kto wie, Belkiya,” powiedziałam. „Człowiek jest skłonny do zdrady. Tak nas uczono.”
„A czy ty już testowałaś to nauczanie?” zapytał.
„Nie,” powiedziałam. „Jaki sens ma próbowanie niemożliwego?”
Belkiya mnie nie słuchał, długo błagał. Jego zachowanie było poważne, stanowcze i dostojne. Nie błagał tak bardzo, raczej domagał się swojego prawa.
Powiedział: „To nie mój kraj.”
Powiedziałam: „Ale też nie zmierzasz w stronę swojej ojczyzny…”
Powiedział: „Kto wie, może to, czego szukam, jest moją ojczyzną. Pomyśl: porzuciłem swoją koronę i tron. Jak mógłbym zmieścić się na tej wyspie?”
Pomyślałam: Belkiya zdecydowanie nie jest zwykłym człowiekiem. Goni za prawdą. Myślą, wiarą lub człowiekiem… Taka osoba potrafi umrzeć w obronie tajemnicy. Wie, jak ją chronić. Tak jak odpowiada za swoje życie, odpowiada też za swoje słowo. Docenia wartość i świętość tajemnicy lub sprawy. (Tak wtedy myślałam.)
Ale co jeśli zdradzi? Wtedy musiałabym wrócić na to samo miejsce: do ludzkiej natury, do niewierności… Nie mogłam ryzykować zdrady Belkiyi. Czy było właściwe tak bardzo ufać komuś, kto nie jest przeciętnym człowiekiem? Nie wiedziałam. Byłam zdesperowana. Dodatkowo Belkiya wyczuł moją desperację i zbliżał się pilnie.
Nie bałam się konsekwencji zdrady Belkiyi, bardziej myśli, że może zdradzić. Już wtedy czułam, że nie testuję ludzkiej natury, lecz samego Belkiyę.
Ale w końcu wszystkie różnice między ludźmi znikną; a ja zobaczę ludzką naturę i niewierność.
„Niech wąż, który mi nie szkodzi, żyje tysiąc lat” – mówią ludzie, nie wiedząc, że jest jedna prawda: pewnego dnia, w dniu naszego przebudzenia, każdy wąż skrzywdzi.
„Który to dzień?” zapytał Belkiya.
„Dzień, w którym mnie zabiją,” powiedziałam. „Albo gdy każdy wąż na ziemi dowie się o mojej śmierci…”
Wizyta Belkiyi trwała jeszcze kilka dni. Już nie miałam mu nic więcej do powiedzenia…
Kilka dni później włożyłam go do łodzi i wypuściłam w świat. Pokazałam mu kierunek i pożegnałam się. To było nasze ostatnie spotkanie. Ale nigdy go nie zapomniałam.
Przy pożegnaniu powiedziałam:
„To nasze pierwsze i ostatnie spotkanie.”
Pierwsze i ostatnie… Wszystko, to wszystko…
A jednak chciałam go zobaczyć jeszcze raz, jeszcze raz i jeszcze raz. Nie, nie mogłam; to byłoby możliwe tylko kosztem zdrady.
I rzeczywiście, Belkiyę zobaczyłam ponownie dopiero dużo później, gdy mnie zdradził. Ale tamten Belkiya nie był już tym, którego znałam, którego wypuściłam, którego kochałam. Już zdradził swoją wiarę. Ten, kto wierzy w coś, wie, że najważniejsza jest cierpliwość. Belkiya chciał włączyć prawdę lub sen, którego szukał, do własnego życia. Ale nasze prawdy lub marzenia często przewyższają czas naszego życia. Belkiya tego nie wiedział. Aby osiągnąć to, czego szukał, ryzykował swoje życie. Jego ignorancja i niecierpliwość również przyczyniły się do jego zdrady.
Przypomina mi się sprawa Ukapa.
„Ukap? Kto to?” mogłbyś zapytać.












Add comment