5.
I Dżamsap powrócił na ziemię.
Czar dobiegł końca, opowieść, której słuchał, została zamknięta. Szahmeran i jej królestwo były już tylko odległym wspomnieniem. A jednak Dżamsap zrozumiał, że nie jest szczęśliwy. Powrót do domu, do matki i wśród ludzi, nie przyniósł mu tej radości, której się spodziewał. Wiedział jednak, że gdyby został w krainie Szahmeran, czułby to samo. Stał się nieszczęśliwym wygnańcem, który nie znajduje swojego miejsca ani pod ziemią, ani na ziemi, wygnanym ze wszystkich form życia. Tęsknił za Szahmeran — jej delikatną, piękną twarzą, jej czarującym spojrzeniem, jej łagodnymi rozmowami. Ale jednocześnie czuł głęboki wewnętrzny spokój, wiedząc, że pozostanie wierny przysiędze. Nikomu nic nie powiedział i przez długie lata nie miał tego zrobić.
Gdy przekroczył próg swojego domu, matka była bardzo zaskoczona i niemal oszołomiona. Minęło trochę czasu, zanim zdumienie zamieniło się w radość. Jej syn, którego dawno uznała za zmarłego, stał przed nią żywy, uśmiechając się błyszczącymi oczami. Potem objęli się, płakali razem i dzielili swój ból. Matka zobaczyła, że jej syn dorósł, i poczuła, że nie tylko czas go ukształtował.
Przyjaciele, którzy wrzucili Dżamsapa do studni i pozostawili go własnemu losowi, stali się wielkimi kupcami, a ich interesy kwitły. Od czasu do czasu, być może z wyrzutów sumienia, wysyłali matce Dżamsapa kilka monet, żywność i drewno na opał.
Dżamsap nie chciał nikogo widzieć. Czuł, że nie ma siły przebaczyć. Zresztą i tak nie miało to większego znaczenia, czy przebaczy, czy nie. W zamian za zdradę mogli oddać mu cały swój majątek — ale co by to zmieniło? Wszyscy byli już dorośli. Ta nieodpowiedzialna banda młodych ludzi, którzy nic nie wiedzieli o świecie, dawno się rozpadła.
Żył w głębokim bólu i samotności. Myślał o swoim ojcu Danyalu i o Belkıyi i rozumiał, jak bardzo samotni umarli. Nosił w sobie klątwę wiedzy; należał do samotnych.
Przez tyle lat nikt nie wiedział, gdzie był i z kim żył. Nie rozszarpały go dzikie zwierzęta, jak opowiadali jego przyjaciele matce i innym — ale gdzie był przez tyle lat? Wśród kogo żył? Tego nikt nigdy się nie dowiedział. Żył zamknięty w milczeniu. Wykonywał codzienne obowiązki, pracował, odpoczywał, czytał; a jednocześnie z tęsknotą wspominał tysiąc i jedną baśniową noc spędzoną w pałacu Szahmeran. Przeżył coś, co człowiek doświadcza tylko raz w życiu i czego nigdy się nie zapomina.
Po powrocie na ziemię jego życie stało się bezbarwne i wyblakłe. Zniknęły z niego pasja, entuzjazm i intensywność. Pewnego dnia ze smutkiem uświadomił sobie, że tylko „odbywa” życie, i że po ujrzeniu Szahmeran nigdy nie będzie już tym samym Dżamszapem. Głęboko, na samym dnie, utracił coś bezpowrotnie.
Tajemnica, którą skrywał, oddzieliła go od ludzi. Zamknął się w swoim domu i w sobie samym.
Mijały dni, tygodnie, miesiące i lata w niezmiennej, jednolitej rutynie. Aż pewnego dnia król kraju, Keyhüsrev, zapadł na ciężką i beznadziejną chorobę. Lekarze, uczeni i czarownicy nie potrafili go uleczyć. Z dnia na dzień było coraz gorzej, na jego ciele otwierały się nieuleczalne rany, a on wił się w nieznośnych bólach. Była to choroba bez nazwy, nigdy wcześniej niewidziana.
Wezyr Szehmur był znawcą wróżbiarstwa i magii, pochlebcą króla i bezwzględnym, intryganckim, tyranem znienawidzonym przez lud. Jego wróżby zawsze prowadziły do cudzej zguby; jego umysł stale zajęty był podstępem, oszustwem i sianiem niezgody. Zrozumiał, że jedynym lekarstwem na tę chorobę jest mięso Szahmeran. Jeśli schwytają Szahmeran, zabiją ją i podadzą jej mięso królowi, ten wyzdrowieje, a całe państwo zazna spokoju. Wszystkie problemy kraju utożsamiły się nagle z chorobą władcy. Do jego uzdrowienia, a nawet życia, potrzebne było mięso Szahmeran.
W całym kraju rozpoczęło się wielkie polowanie na Szahmeran. Nagle wszyscy stali się wrogami istoty, której nigdy nie widzieli ani nie znali. Nikt nie wiedział, gdzie ona jest, ale każdy patrzył na innych z podejrzliwością, jakby tamci ją widzieli i znali jej kryjówkę. Nikt nikomu nie ufał — wszyscy byli niespokojni, napięci i winni. Każdy sądził, że inni podejrzewają go o znajomość Szahmeran, więc starał się całym swoim zachowaniem udowodnić coś przeciwnego. Wszyscy stali się donosicielami, mordercami i katami innych. Nastały mroczne, nieszczęśliwe dni. Ojciec stał się wrogiem syna, mistrz ucznia, sąsiad sąsiada.
Nadszedł dzień małych ludzi spragnionych władzy. Ci, którzy nie potrafili żyć dla dobra i piękna, istnieli tylko dzięki strachowi innych i swoim małym zdobytym stanowiskom. Represje się nasilały, często napadano na domy. Ludzi zbierano i masowo prowadzono do łaźni, gdzie sprawdzano, czy od pasa w dół nie mają łusek, po czym ich puszczano. Godność i szacunek dla człowieka zostały podeptane; przemoc, ucisk i terror całkowicie zapanowały nad życiem.
Dżamszap żył w swojej małej chacie poza miastem, z dala od wszystkiego, w szarym, bezbarwnym życiu. Jednak rozszerzająca się władza dotarła także do niego. Strażnicy króla stanęli w końcu u jego progu.
Najpierw uciekł do pobliskich, potem do dalszych wiosek, lecz wraz z pogarszaniem się stanu króla i wzrostem presji kryjówki znikały jedna po drugiej, a rozszerzający się krąg obejmował wszystkich.
W końcu schwytano również Dżamszapa i zabrano go do łaźni. Nigdy wcześniej tam nie chodził, by dotrzymać obietnicy danej Szahmeran, dlatego jego ciało poniżej pasa pozostało ukryte. Jednak już od pierwszego czerpaka wody zobaczył, że jego dolna część ciała zaczyna się łuszczyć i błyszczeć srebrzyście. Oni także to zobaczyli. (W snach wielokrotnie widział już wcześniej, jak jego ciało poniżej pasa łuszczy się i staje się coraz bardziej podobne do Szahmeran; jego własne sny stworzyły z niego Szahmeran — czyli jego własnego zabójcę.)
Chwycili Dżamszapa i zaprowadzili przed wezyra. Powiedział, że nigdy nie widział Szahmeran, nie zna jej i nie wie, gdzie jest. Naciskali, on się opierał, ale nikogo nie zdołał przekonać; wszystkie zaprzeczenia były daremne, ponieważ jego łuskowate ciało zdradzało wszystko. Jego ciało stało się jego wrogiem, prowadząc go ku szybkiemu zniszczeniu. Ponieważ milczał na wszystkie pytania i opierał się każdej presji, poddano go torturom. Jego łuskowate ciało stało się celem największych upokorzeń i najokrutniejszych męczarni. W końcu Dżamszap stracił siły, zaczął się poddawać i powoli rozpadać.
Aby móc samego siebie znieść i usprawiedliwić się we własnych oczach, zaczął szukać powodów, którymi mógłby się przed sobą bronić.
„Zaprowadzę ją tylko do wejścia do jaskini” – mówił.
„Zaprowadzenie jej do wejścia do jaskini nie oznacza zdrady” – mówił.
„Jeśli ja tego nie powiem, i tak powie ktoś inny” – mówił.
„Może zdarzy się cud i Szahmeran się uratuje” – mówił.
I podobne myśli kłębiły się w nim. Jednocześnie wiedział jednak, że wszystko to są tylko wymówki…
W końcu wezyr Szehmur i jego wierni ludzie dotarli do wejścia jaskini. Dżamsap na chwilę się zawahał. Nadszedł moment wstydu. Drżącym palcem wskazał: „To tutaj!” – powiedział. Pragnął, aby ziemia się zatrzęsła, niebo zagrzmiało i nadszedł koniec świata.
Czarownik Szehmur zapalił kadzidła, odprawił zaklęcia i wylał zaczarowaną wodę przy wejściu do jaskini. Gdy podniesiono marmurową płytę, gęsty dym spowił wszystko, a pojawił się ifryt, którego twarz zasłaniała czarna jak smoła zasłona. Na jego głowie, na srebrnej tacy, spoczywała Szahmeran z urażonym i gniewnym spojrzeniem. Szehmur wyciągnął drżące z podniecenia ręce, by ją pochwycić; ale Szahmeran jakby znów ujrzała Ukapa. Te same wyłupiaste oczy, drżąca broda, wąskie usta z pianą, napięta, wykrzywiona twarz pełna żądzy…
„Nie dotykaj mnie!” – krzyknęła Szahmeran. „Nie dotykaj! Bo cię ukąszę i zatruję! Puść mnie z Dżamsapem, odejdę stąd w jego ramionach!”
Potem zwróciła się do Dżamsapa:
„Mówiłam ci, Dżamsapie” – powiedziała. „Człowiek zdradza. Człowiek jest słaby, niestały, chwiejny.”
Dżamsap spuścił wzrok.
„Tak jak Belkıya” – powiedziała Szahmeran. „Tak, tak… jak bardzo jesteś do niego podobny. Wcześniej tego nie zauważyłam.”
Dżamsap nie wytrzymał; padł na kolana i zaczął płakać.
„Wybacz mi, moja Szahmeran, wybacz mi!” – powiedział. „Przez lata strzegłem twojej tajemnicy, przez lata milczały moje usta. Długo uciekałem i ukrywałem się, ale w końcu mnie schwytali, przez wiele dni torturowali i uległem… Wydałem moje serce obciążone twoją tajemnicą…”
„Płacz ci służy, Dżamsap,” powiedziała Szahmeran. „Mężczyźni byliby piękniejsi, gdyby potrafili płakać; byliby piękniejsi. W każdym razie, nie martw się już. Kto wie, może sama przygotowałam swoją śmierć. Od samego początku sama ją przygotowywałam. Może całe życie spędziłam, czekając na swojego zabójcę, wierząc, że jest ukryty. Od samego początku powierzyłam swój los w cudze ręce; uciekałam, ukrywałam się i myślałam, że to ochrona; czułam się jak człowiek, żyłam jak wąż; zmagałam się z emocjami; w ukryciu czekałam na to, co nadejdzie — tak przygotowałam swoją śmierć. Może całe moje życie było tajnym, wyrafinowanym samobójstwem. W każdym razie nie ma już sensu o tym mówić. Mam dla ciebie tylko jedną ostatnią radę, Dżamsap. Wiesz, że Belkıya też taką miał. Po mojej śmierci włóżcie mnie do dużego glinianego naczynia i wlejcie na mnie wodę z łaźni, w której się umyłeś. Nie pij pierwszej wody; niech wypije ją wezyr. Ty wypij drugą wodę. Do pierwszej wody włożę swoją truciznę, do drugiej swoją istotę. A co do króla — zostanie uzdrowiony moim ciałem, ale nie będzie żył długo. Jak myślisz? Jak długo może przetrwać imperium oparte na tyranii? Prędzej czy później się rozpadnie. To, co dziś jest moim leczącym ciałem, pewnego dnia stanie się trucizną; i wtedy w ciele karmionym krwią uciśnionych pojawią się jeszcze bardziej nieuleczalne choroby. Wtedy nikt go już nie uratuje.”
Wyruszyli w stronę pałacu.
Gdy dotarli, wielkie bramy otworzyły się na oścież. Na dziedzińcu ustawiono wielkie palenisko, a płomienie czekały na ofiarne mięso. Drewniane stoły otaczające dziedziniec były zastawione jedzeniem, złote kielichy wypełnione napojami; przygotowywano wielką ucztę. Wszędzie wisiały lampiony i flagi; aktorzy, tancerze, kuglarze, muzycy i czarodzieje przygotowywali się do wielkiego widowiska.
Ciało Szahmeran zostało złożone w dużym, głębokim glinianym naczyniu.
Była już martwa.
Setki ludzi oglądały jej zabicie.
Gdy wrząca woda się pienila, ciało Szahmeran, podzielone na czterdzieści części, poruszało się w wodzie; a każdy fragment, wynurzając się bulgocząc na powierzchnię, przemawiał i ujawniał swoją uzdrawiającą moc. W tym czasie Dżamsap otrzymał wiadomość, że wezyr Szehmur, który wypił pierwszą wodę, zmarł. Skonał w konwulsjach, w największych cierpieniach. Kto wie — może losem tych, którzy są bardziej królewscy od samego króla, jest umrzeć przed nim.
Druga woda, którą sam wypił, przyniosła mu wewnętrzny spokój; wydawała się ułatwiać znoszenie nadchodzących dni.
Po chwili ogień wygasł, a palenisko ucichło.
W ciągu czterdziestu dni Dżamsap karmił króla czterdziestoma częściami Szahmeran.
Rany z dnia na dzień goiły się coraz lepiej, strupy odpadały, ból ustępował, a stany zapalne łagodniały. Czterdziestego dnia całkowicie wyzdrowiał i wstał. Wykąpał się, ubrał, ozdobił, posmarował się perfumami, założył biżuterię i wyszedł do diwanu.
Lecz gdy powiedział: „Niech przed nami stawi się Dżamsap, syn Danyala!” — Dżamsap opuścił już miasto i był przeznaczony do odległych górskich ścieżek, pustyń i wędrownego życia ascetycznych pielgrzymów.
Potem nikt już nigdy nie widział Dżamsapa.
Choć jego imię przetrwało na zawsze, krążą różne opowieści o jego końcu. Jedni mówią, że utonął w łaźni; inni, że właśnie w tej łaźni, w której po raz pierwszy się kąpał.
Kiedy mój mistrz dotarł do końca historii Szahmerana, ja już przygotowywałem się do wyjazdu do wielkiego miasta. Stypendium w internacie bez czesnego oddzielało mnie od niego i od warsztatu malarzy Szahmerana. Nad nami obojgiem ciążył smutek, unikaliśmy swoich spojrzeń. Głosem pełnym bólu opowiadał zakończenie Szahmerana. Było jasne, że nie pójdę jego śladem; odejdę.
Jednak w swoim rzemiośle zaszedłem już daleko. Moje ręce były szybkie i sprawne w pracy precyzyjnej. Może z młodzieńczej odwagi eksperymentowałem odważnymi kolorami. Mój mistrz, który zwykle dawał mi swobodę, czasem interweniował, gdy moja śmiałość przeradzała się w zuchwałość, i pilnował mojego wyrazu. Mówił:
„To, co ty dodajesz do Szahmerana, to jego twarz. Twoje Szahmerany nie mają pustego spojrzenia; każde oblicze ma głęboki sens, dumny ból. Czyli osiągasz to, co najtrudniejsze. Idziesz dobrą drogą; w twoich rysunkach Szahmeran przestaje być tylko obrazem, a staje się żywą, cierpiącą, odpowiedzialną istotą, która ujawnia swoje emocje. To coś nowego w naszym rzemiośle. Twój Szahmeran pokazuje wnętrze, bo masz w sobie zdolność widzenia wnętrza ludzi, synu!”
Nie wiem, ile z tych słów i pochwał było prawdą, a ile jedynie zachętą. Ale pewne było, że zrobiłem duży postęp. Rysowałem szybko i starannie. Wszystkie moje tablice z Szahmeranem bardzo się podobały i szybko się sprzedawały. W krótkim czasie stałem się kimś, kogo wszyscy obserwowali i którego przyszłości byli ciekawi.
Mój mistrz był ze mnie dumny. Czasem nawet myślałem, że mnie zazdrości, albo przynajmniej tak mi się wydawało. Nigdy się nie dowiedziałem, i już się nie dowiem, czy te uczucia należały do niego, czy do mnie. Ale mistrz powiedział coś, co mnie w pewnym sensie usprawiedliwiało:
„Sztuka to rywalizacja” — mówił. „Ale rywalizacja nie może odbierać człowiekowi jego szlachetności.”
Jeśli rzemiosło oznacza także wychowywanie własnego rywala, to jednocześnie oznacza przygotowywanie własnego losu. Jakkolwiek to nazwiemy, napięcie między nami czyniło nas oboje twórcami.
On z pewnością chciał, by ogień jego dawnego warsztatu nadal płonął, by jego rzemiosło trwało w moich rękach; z drugiej strony wiedział, że odejdę. Nigdy o tym ze mną nie rozmawiał, nic nie powiedział. Wiedział, że go opuszczę. Zabiłem jego przyszłość.
Wszystkie moje wewnętrzne konflikty ucichły. Wszystkie sprzeczne uczucia wobec niego zniknęły, a moje serce wypełniła intensywna miłość zmieszana z bólem.
Opuściłem go.
Byłem w wieku, w którym człowiek wierzy, że odejście równa się zwycięstwu.
A jednak, gdy przy pożegnaniu podszedłem, by pocałować jego rękę, powiedział:
„Nogi Szahmerana wędrują wszystkimi drogami świata.”
Minęły lata; znano mnie już jako utalentowanego młodego pisarza. Kiedy ukazała się moja pierwsza książka, chciałem znów pojechać do małego prowincjonalnego miasta, gdzie się urodziłem i wychowałem, aby ją jemu ofiarować. Był to spóźniony dług serca.
Lecz mój mistrz już nie żył; spóźniłem się.
Od dawna układałem sobie w głowie, co mu powiem. Chciałem go przeprosić; zostawiłem go bez ucznia, bez syna.
„Nie zdradziłem cię, mistrzu” — chciałem powiedzieć. „Uwierz mi, to, co teraz robię, to pewien rodzaj wiedzy szahmeranowej. Wszak sam mi mówiłeś: ‘Masz w sobie zdolność widzenia wnętrza ludzi’…”
Ale nie mogłem tego powiedzieć. Nie mogłem powiedzieć nic.
Żaden z jego późniejszych uczniów nie rokujął przyszłości. Ogień warsztatu zgasł razem z nim.
Tak jak kiedyś stałem przed drzwiami mojej babci z pierwszą tablicą Szahmerana pod pachą, tak i teraz stałem tam bezradnie. Nie tylko jego, ale i jego warsztatu już nie było; dawno go zburzono, a na jego miejscu wzniesiono inny budynek. Dlaczego wierzymy, że wracając, znajdziemy to, co zostawiliśmy, na swoim miejscu? Dlaczego?
Przed brzydkim, prowizorycznym budynkiem, który stanął na miejscu warsztatu mojego mistrza, nagle zrozumiałem smutek powrotów Belkıyi i Dżamsapa. Mimowolnie zamknąłem oczy. Jednym mrugnięciem chciałem znaleźć się we wszystkich miejscach świata. Przypomniały mi się słowa mojego mistrza i w tej chwili postanowiłem napisać nogi Szahmerana, które wędrują wszystkimi drogami świata.
Nie miałem już nic innego do zrobienia. Będę pisał. Będę pisał bez przerwy. Mój ojciec, który oddał mnie na naukę do mistrza Szahmerana, abym nie był włóczęgą i bezcelowym dzieckiem, skąd mógł wiedzieć, że właśnie dzięki tej nauce stanę się tak bardzo świadomym, a zarazem włóczęgą dzieckiem…
Tego samego dnia opuściłem miasto i zaraz po powrocie napisałem tę historię.
Mistrzu! Wybacz mi. Wygląda na to, że czekałem, aż umrzesz, tylko po to, by naprawdę móc cię kochać.
lipiec, sierpień, wrzesień, październik 1983
Ankara

















Add comment