Już wcześniej pisałem o pewnej prowincji średniowiecznej Europy, która była wystarczająco bogata, wystarczająco silna i wystarczająco rozwinięta kulturowo, aby stać się niezależnym państwem. Była tego bardzo bliska, lecz zniknęła właśnie u szczytu swojej prosperity, potęgi i blasku, włączając się do sąsiedniego królestwa, od którego chciała się uniezależnić. Nie, nie chodzi o Burgundię. Mam na myśli prowincję, która nawet nie ma własnej nazwy — być może nigdy jej nie miała. Nazywam ją Krajem Róż, ponieważ jej założyciel Witiko (1120–1194) miał według tradycji podzielić swoje ziemie między pięciu synów, z których każdy odziedziczył pięciopłatkową różę rodu w innym kolorze: gałąź z Hradca w złocie, z Třebonia w srebrze, ze Stráży w błękicie, z Ústí w czerni, a największa i najpotężniejsza z nich, gałąź rosenbersko-krumlovska, która ostatecznie wchłonęła wszystkie pozostałe, w czerwieni.
Mieszkańcy tego regionu wciąż z nostalgią wspominają tę utraconą wielkość, choć w rzeczywistości nie była ona ich własnością. Pierwotni mieszkańcy zostali w 1946 roku przymusowo wysiedleni do Niemiec i Austrii. Pamięć o tej przeszłości przetrwała na wiele sposobów, ale nigdzie tak spektakularnie jak w połowie czerwca, kiedy w Czeskim Krumlovie obchodzone jest trzydniowe Święto Pięciopłatkowej Róży. W tych dniach mieszkańcy regionu — oraz potomkowie wysiedlonych rodzin z Krumlowa powracający na uroczystości — przebierają się w średniowieczne stroje i poprzez historyczne ceremonie oraz obchody na nowo przeżywają wszystko, co mogło być piękne w tamtym zaczarowanym świecie.
Przechodząc przez most nad Wełtawą i wchodząc do miasta, już napotykamy pierwsze średniowieczne postacie.
A raczej: pierwsi z nich przebrali się już na parkingu, zrzucając współczesne austriackie i niemieckie ubrania i wkładając średniowieczne stroje, zanim pieszo ruszyli z powrotem do miasta swoich przodków.
W mieście spotykają średniowiecznych Czechów — a nawet średniowiecznych Romów. Ci ostatni osiedlili się w opuszczonych domach Krumlova po 1946 roku i od tego czasu stali się dumnymi obywatelami miasta, wspólnie z innymi celebrując swoje wspólne średniowieczne dziedzictwo.
Inni przybywają kajakami, tratwami lub tradycyjnymi łodziami rzecznymi, wyciągając się na brzeg obok restauracji wzdłuż brzegów Wełtawy.
Od wczesnego rana średniowieczni muzycy, kuglarze i artyści uliczni bawią tłumy na głównym placu. Następnie o trzeciej po południu wyrusza wielki pochód. Przez wiele godzin wije się ulicami miasta, wspina się do zamku i idzie dalej aż do browaru założonego w 1560 roku, gdzie uczestnicy mogą odpocząć od upału przy odpowiednich napojach.
Wybieramy punkt obserwacyjny w północno-zachodnim narożniku trasy i filmujemy pochód nadciągający od południa.
Piętnaście minut później telefon poddaje się upałowi i wyłącza się. Czekam chwilę i próbuję ponownie.
Tym razem wytrzymuje zaledwie pół minuty. Odkładam go, by ostygł, a resztę czasu spędzam, fotografując uczestników jeden po drugim. Chętnie pozują do zdjęć. Po raz kolejny potwierdza się dawna obserwacja: wszędzie tam, gdzie ludzie się stroją — czy to w okazjonalne kostiumy i tradycyjne stroje, jak w Chinach, czy w starannie dobierane codzienne ubrania, jak w Iranie — są świadomi swojej własnej roli jako elementu widowiska i nie obrażają się ani nie protestują, gdy ktoś chce uwiecznić ich na fotografii.
Gdy pojawiają się muzycy, jeszcze raz wyciągam telefon, bo to po prostu trzeba sfilmować. W tym momencie jesteśmy już na samym końcu pochodu: ludzie prości, słudzy, robotnicy dniówkowi i wieśniacy. Drogie stroje szlachty i mieszczan ustępują miejsca prostszym ubraniom zwykłych ludzi. A potem i one stopniowo mieszają się z nowoczesnym ubiorem, gdy widzowie dołączają do końca pochodu.
W tym momencie tylko najbardziej zdeterminowani uczestnicy wspinają się w dusznym upale w stronę zamku. Pochód zaczyna się przerzedzać. Wielu „średniowiecznych” postaci kieruje się już do miejskich ogródków piwnych.
O dziesiątej wieczorem wyrusza ostatni pochod z pochodniami w kierunku zamku. Tam krótki pokaz fajerwerków świętuje równie krótki powrót średniowiecza. Do zobaczenia tu znowu w przyszłym roku.





















Add comment