„Pociągnąłem wuja Vootele za brodę i zapytałem:
»Kim był ten Manivald? Dlaczego mieszkał nad morzem? Dlaczego nie mieszkał w lesie, tak jak my?«
»Morze było jego domem« – odpowiedział mój wuj. »Manivald był starym i mądrym człowiekiem. Najstarszym z nas wszystkich. Widział nawet Smoka Północy.«
»Kim jest Smok Północy?« – zapytałem.
»Smok Północy jest ogromnym wężem« – odpowiedział wuj Vootele. »Jest największy ze wszystkich, potężniejszy nawet od Króla Węży. Jest tak wielki jak sam las i potrafi także latać. Kiedy wznosi się w powietrze na swoich olbrzymich skrzydłach, zasłania słońce i księżyc. Dawniej często wzbijał się w niebo, aby pożerać wrogów, którzy przybijali do naszych brzegów. Gdy ich strawił, wszystkie ich skarby stawały się nasze. Byliśmy niewyobrażalnie bogaci i potężni, a wszyscy się nas bali, ponieważ nikt nie opuszczał tych brzegów żywy. Wiedzieli jednak o naszym bogactwie, a ich chciwość zawsze zwyciężała nad strachem. Coraz to nowe statki płynęły ku naszym brzegom, aby zdobyć nasze skarby, lecz Smok Północy niszczył wszystkie.«
»Ja też chcę zobaczyć Smoka Północy« – powiedziałem.
»Niestety, to już niemożliwe« – westchnął wuj Vootele. »Smok Północy zasnął i nie wiemy, jak go obudzić. Jest nas zbyt mało.«
»Pewnego dnia znowu będziemy potrafili to zrobić!« – wtrącił Tambet. »Jak możesz mówić takie rzeczy, Vootele?! Co to za haniebne gadanie? Dobrze zapamiętaj: obaj dożyjemy dnia, kiedy Smok Północy ponownie wzleci ku niebu, aby pożreć wszystkich nędznych żelaznych ludzi i wiejskie szczury!«
»To ty opowiadasz głupstwa« – odpowiedział mój wuj. »Jak ten dzień mógłby nadejść, skoro sam dobrze wiesz, że do przebudzenia Smoka Północy potrzeba co najmniej dziesięciu tysięcy ludzi? Dopiero gdy tych dziesięć tysięcy osób wypowie razem zaklęcia wężowego języka, Smok Północy przebudzi się w swoim tajemnym gnieździe, i dopiero wtedy ponownie wzleci ku niebu. Pokaż mi więc, gdzie jest tych dziesięć tysięcy ludzi. Nie potrafimy zebrać nawet dziesięciu!«
»Nie wolno nam się poddawać!« – odpowiedział gniewnie Tambet. »Pomyśl tylko o Manivaldzie! On nigdy nie przestał mieć nadziei i bez słowa skargi wykonywał swoje zadanie. Kiedy tylko na horyzoncie pojawiał się statek, natychmiast rozpalał suchy pień drzewa, aby wszyscy wiedzieli, że znów nadszedł czas, by obudzić Smoka Północy! Nigdy się nie poddał, choć nikt już nie odpowiadał na jego ognie sygnałowe, a statki obcych mogły bez przeszkód przybijać do brzegu, a żelazni ludzie bezkarnie schodzić na ląd. Mimo to nigdy nie wzruszył ramionami. Tak jak zawsze potem wykopywał z korzeniami pnie drzew, suszył je i, gdy było trzeba, zapalał je, a potem czekał — po prostu wciąż czekał! Czekał, że pewnego dnia może jednak potężny Smok Północy znów wzniesie się ponad lasem, dokładnie tak jak w dawnych, pięknych czasach.«
„Nigdy już nie wzejdzie”, powiedział ponuro wuj Vootele.
„Chcę go zobaczyć!” — nalegałem. „Chcę zobaczyć Smoka Północy!”
„Nigdy go nie zobaczysz” — oznajmił mój wuj.
„Czy on umarł?” — zapytałem.
„Nie, on nigdy nie umiera” — odpowiedział. „Tylko śpi. Ale nie pytaj gdzie. Nikt tego nie wie.”
Zamilkłem rozczarowany. Historia Smoka Północy zaczęła się tak wspaniale, ale jej zakończenie okazało się zupełnie marne. Jaki pożytek z takiego cudownego stworzenia, którego nikt nigdy nie może zobaczyć?”
To książka o bolesnej przemianie, o utracie pradawnej niewinności, o czasach, kiedy ludzie wciąż rozmawiali ze zwierzętami i żyli w harmonii z naturą. Oczywiście taki wiek nigdy naprawdę nie istniał, ale przyjemnie jest w ten sposób wspominać owe odległe czasy — zanim zachodnia cywilizacja przybyła na pogańskie estońskie wybrzeża na statkach duńskich i niemieckich rycerzy krzyżowych. Właśnie dlatego, że tak niewiele wiemy o świecie istniejącym przed przybyciem krzyżowców, możemy wyobrażać go sobie jako epokę tak pierwotnej harmonii.
Jednak powieść Andrusa Kivirähka Człowiek, który znał mowę węży (2007) nie jest książką historyczną przebraną za fantasy. Można ją oczywiście czytać jako potężną alegorię historii Estonii, germańskiego i chrześcijańskiego podboju, przemiany dawnej kultury estońskiej oraz dylematu, co mały naród powinien zachować ze swojej przeszłości. Właśnie dlatego stanowi również znakomite wprowadzenie do literatury ludów bałtyckich.
Główny bohater, Leemet, należy do ostatnich ludzi, którzy znają jeszcze język węży. Nie jest to jedynie język mówiony, lecz magiczny dar: ten, kto go posiada, potrafi rozkazywać wężom i wielu innym zwierzętom, pozostając w więzi z nadprzyrodzoną siłą lasu.
W rzeczywistości jednak nie jest to wcale magia, lecz relacja. Dla kogoś, kto mówi językiem węży, wąż nie jest po prostu zwierzęciem, ale rozmówcą, sojusznikiem, osobą. Kiedy język zanika, węże nie stają się niemymi gadami dlatego, że utraciły głos; milkną raczej dlatego, że ludzie utracili z nimi więź.
Dla estońskich czytelników ta symbolika jest szczególnie silna. Przez stulecia język estoński był spychany na margines jako mały, barbarzyński i pogardzany język – najpierw pod panowaniem niemieckich zakonów krzyżowych, potem w okresach szwedzkiej i rosyjskiej dominacji, a w końcu pod rządami sowieckimi. Dla wielu czytelników „język węży” stał się więc także metaforą języka ojczystego. Gdy nikt już nim nie mówi, znika wraz z nim cały świat.
„Właśnie wracałem ze źródła z ciężkim naczyniem na wodę zawieszonym na ramieniu, gdy na ścieżce pojawił się wielki łoś. Spodziewając się jego zwykłego zakłopotania, z ledwo skrywanym lekceważeniem wysyczałem do niego najprostsze słowa wężowego języka. Jednak łoś wcale się nie przestraszył, słysząc z ludzkich ust dawno zapomniane słowa rozkazu. Przeciwnie, pochylił głowę, podbiegł do mnie, uklęknął i, tak jak dawniej robiły łosie, ofiarował mi swoją szyję. Jak często jako mały chłopiec widziałem, że moja matka właśnie w ten sposób zdobywała dla naszej rodziny zapasy na zimę! Wybierała ze stada odpowiednią samicę, przywoływała ją do siebie, a zwierzę, posłuszne słowom węży, bez oporu pozwalało poderżnąć sobie gardło. Mięso dorosłej samicy łosia wystarczało nam aż do końca zimy. W porównaniu z naszym prostym sposobem zdobywania pożywienia głupie polowania mieszkańców wioski wydawały się śmieszne. Godzinami ścigali jelenie, wypuszczali niezliczone strzały na oślep w gęstwinę i często wracali do domu z pustymi rękami i rozczarowani – podczas gdy wystarczyło kilka słów, aby podporządkować sobie zwierzę. Dokładnie tak jak zrobiłem teraz ja. Wielki i silny łoś leżał u moich stóp i czekał na cios. Mogłem zakończyć jego życie jednym ruchem ręki. Ale tego nie zrobiłem.
Zamiast tego zdjąłem z ramienia naczynie i podałem mu wodę. Spokojnie ją wypił. Był to stary byk, bardzo stary – musiał taki być, bo inaczej jak mógłby pamiętać, jak powinien zachowywać się łoś, gdy przywołuje go człowiek? Nawet gdyby się rzucał i kopał, nawet gdyby próbował chwytać zębami gałęzie drzew, siła dawnych słów i tak przyciągnęłaby go do mnie, a ostatecznie przyszedłby jak oszalałe zwierzę. On jednak przyszedł jak król. Nie miało znaczenia, że przyszedł oddać swoje życie. Nawet to powinno odbywać się z godnością. Cóż jest upokarzającego w poddaniu się dawnym prawom i zwyczajom? Moim zdaniem nic. Nigdy nie zabijaliśmy łosi dla przyjemności – jaka radość mogłaby z tego wyniknąć? Potrzebowaliśmy pożywienia, a istniało słowo mocy, dzięki któremu można było je zdobyć, słowo, które łosie znały i któremu były posłuszne. Upokarzające jest zapomnienie wszystkiego, jak te młode dziki i sarny, które po usłyszeniu dawnych słów pękają jak pęcherze. Albo jak mieszkańcy wioski, którzy chodzili na polowanie na łosie całymi dziesiątkami. To głupota jest hańbiąca, nie mądrość.
Dałem mu pić, pogłaskałem go po głowie, a łoś potarł pyskiem o mój kożuch. A więc dawny świat nie zniknął jeszcze całkowicie! Dopóki żyję ja i dopóki żyje ten stary łoś, gdzieś w tym ogromnym lesie pozostaną tacy, którzy nie tylko pamiętają słowa węży, ale nadal je rozumieją.
Pozwoliłem mu odejść. Niech żyje jeszcze wiele lat. I niech pamięta”.
Powieść rozgrywa się w czasach, gdy dawny leśny świat Estończyków powoli zanika. Ludzie opuszczają las, przenoszą się do wiosek, zaczynają uprawiać ziemię i przyjmują – a nawet czczą – nowe zwyczaje przybywające z Zachodu. Jest to proces opisany przez wielu antropologów XX wieku: gdy mała społeczność spotyka się ze światem nowoczesnym, ludzie często zmieniają się nie dlatego, że są do tego zmuszeni, lecz dlatego, że nowy sposób życia wydaje się prostszy, bezpieczniejszy lub bardziej prestiżowy. Kultury często znikają nie przez przemoc, lecz przez pragnienie. To jedna z najbardziej niepokojących myśli zawartych w powieści.
Historia nie niszczy tego, co podbija. Niszczy to, co przestaje być potrzebne. To okrutna prawda. Lubimy wierzyć, że kulturę można unicestwić jedynie przemocą. Ale tak nie jest. Większość kultur nie umiera dlatego, że zostają zakazane. Umierają dlatego, że pewnego dnia nikt już nie chce ich dalej żyć. To zupełnie inny rodzaj tragedii.
„Chciał zostać człowiekiem nowej epoki, a człowiek nowej epoki nie mieszka w mrocznym lesie, lecz we wsi pod szerokim niebem. Uprawia żyto, dla którego przez całe lato haruje jak jakaś brudna mrówka, tylko po to, by móc potem z ważną miną objadać się chlebem i stać się podobnym do obcych. Człowiek nowej epoki potrzebuje sierpa, aby każdej jesieni pochylać się na polach i zbierać zboże, oraz ręcznego młyna, którym z trudem, sapiąc i nadwyrężając mięśnie, miele ziarna na mąkę.
Wuj Vootele opowiadał mi, że kiedy mój ojciec jeszcze mieszkał w lesie, ogarniała go złość i zazdrość za każdym razem, gdy myślał o tym, jak ciekawe życie prowadzą mieszkańcy wsi i jakie wspaniałe narzędzia posiadają. „Musimy natychmiast przenieść się do wsi!” – krzyczał wtedy. „Inaczej życie nas ominie! Dziś każdy normalny człowiek mieszka pod szerokim niebem, a nie w zaroślach! Ja też chcę orać i siać, tak jak robią to wszędzie w rozwiniętym świecie! Dlaczego miałbym być od nich gorszy? Nie chcę żyć jak żebrak! Popatrzcie tylko na Żelaznych Ludzi i mnichów! Z daleka widać, że są od nas co najmniej sto lat do przodu w rozwoju! Musimy zrobić wszystko, co w naszej mocy, aby ich dogonić!”
Ta powieść opowiada właśnie o tym przejściu z jednej cywilizacji do drugiej. Jej głównymi tematami są konflikt między tradycją a modernizacją, przeciwstawienie natury i cywilizacji, utrata pamięci kulturowej oraz samotność tych, którzy nie należą już do nowego świata. Nie jest to typowa powieść fantasy, lecz raczej gorzko-słodka opowieść o tym, jak znikają języki, wierzenia i ostatecznie całe sposoby postrzegania świata. Kivirähk nie stworzył właściwie świata fantasy, lecz mit o tym, jak umierają kultury.
W większości opowieści cywilizacja oznacza postęp. Tutaj cywilizacja oznacza zapomnienie. Kiedy ludzie przenoszą się do wsi, nie tylko uczą się nowych rzeczy – również coś tracą. Zapominają języka zwierząt, praw lasu, dawnych opowieści, a w końcu nawet tego, że kiedyś można było żyć inaczej. Zapomnienie nie jest tu przedstawione jako jeden tragiczny moment, lecz jako powolny, niemal niezauważalny proces. Nikt nigdy nie oznajmia: „Od tej pory nie będziemy już mówić językiem węży”. Po prostu coraz mniej osób uważa, że warto się go nauczyć, aż w końcu nikt nie przekazuje go swoim dzieciom. Tak właśnie w rzeczywistym świecie zanikają języki i kultury.
W literaturze fantasy zanik pradawnej magii jest zazwyczaj smutnym wydarzeniem, ale zawsze pozostaje nadzieja, że zachowa ją wybrany bohater. W powieści Kivirähka nie ma wybrańca, przepowiedni ani wielkiej bitwy. Magia po prostu wymiera. I właśnie to czyni ją tak przekonującą. Jak gdyby antropolog napisał dzieło fantasy.
Leemet, główny bohater, należy do pradawnego typu literackiego: ostatniego świadka. Nie jest ostatnim człowiekiem na Ziemi, lecz ostatnim, który jeszcze coś pamięta. Tak jak ludzie, o których piszą antropolodzy: ostatni użytkownik wymarłego języka, ostatnia osoba pamiętająca zapomniany rytuał, ostatni kowal lub śpiewak wioski. Kiedy taki człowiek umiera, nie ginie tylko jednostka, lecz cały zasób wiedzy. To właśnie odwrócenie fantasy dokonane przez Kivirähka.
„Mówią, że kiedyś było rzeczą zupełnie naturalną, iż dzieci od najmłodszych lat uczyły się języka węży. Oczywiście nawet wtedy, poza prawdziwymi mistrzami, byli tacy, którzy nie rozumieli wszystkich jego ukrytych subtelności – ale i oni radzili sobie w codziennym życiu. Wszyscy mówili językiem węży, którego pradawni Królowie Węży nauczyli naszych przodków u zarania świata.
Kiedy się urodziłem, wszystko się zmieniło. Chociaż starsi ludzie nadal w pewnym stopniu używali słów węży, niewielu z nich naprawdę je opanowało; młodsze pokolenie natomiast nawet nie zadawało sobie trudu, by zajmować się tak trudnym językiem. Język węży nie jest prostą mową. Ludzkie ucho z trudem rozróżnia subtelne różnice, które oddzielają jedno syczenie od drugiego, choć te drobne odmiany całkowicie zmieniają znaczenie wypowiadanych słów. Ponadto ludzki język jest początkowo niezdarny i sztywny, dlatego każde syczenie początkującego brzmi bardzo podobnie. Dlatego naukę języka węży zaczyna się od ćwiczeń samego języka: jego mięśnie trzeba codziennie trenować, aż staną się tak zwinne i giętkie jak u samych węży. Początkowo jest to dość nużące, nic więc dziwnego, że wielu mieszkańców lasu uznało, iż wysiłek nie jest wart zachodu, i zamiast tego przeniosło się do wsi, gdzie życie było znacznie ciekawsze – i gdzie znajomość języka węży nie była potrzebna.”
Jednocześnie powieść nie twierdzi, że wszyscy powinniśmy powrócić do lasu. Stawia raczej inne pytanie: czy można przyjąć postęp, nie amputując własnej przeszłości? Nie jest to pytanie wyłącznie estońskie – to pytanie, przed którym prędzej czy później staje każde społeczeństwo.
Często wierzymy, że kulturę można zachować. Można ją zapisać, sfotografować, umieścić w muzeum. Kivirähk sugeruje coś innego. Kultura pozostaje żywa tak długo, jak długo ktoś ją praktykuje. Język węży nie ginie dlatego, że nikt go nie zapisał. Ginie dlatego, że nikt nie chce już nim mówić.
Dlatego właśnie w powieści nie ma prawdziwego złoczyńcy, co jest genialną decyzją artystyczną. Gdyby istniał zły władca, gdyby całe cierpienie pochodziło od „Żelaznych Ludzi” i „mnichów”, wszystko byłoby proste. Ale Kivirähk odmawia czytelnikowi takiego pocieszenia. Tutaj każdy jest zrozumiały, każdy jest człowiekiem. I właśnie to czyni tę historię tragiczną.
Prawdziwymi przeciwnikami pradawnej kultury nie są sami obcy, lecz ci Estończycy, którzy decydują się przyjąć ich sposób życia i im służyć — podobnie jak rdzenni mieszkańcy ziem bałtyckich przez niemal tysiąc lat byli pogardzanymi poddanymi swoich niemieckich zdobywców. Podstawowy konflikt powieści nie przebiega więc między Estończykami a przybyszami, lecz między lasem a wsią.
Las nie jest jedynie miejscem zamieszkania. Jest żywym, magicznym światem, w którym człowiek wciąż stanowi część natury. Ze zwierzętami można rozmawiać, niedźwiedzie mają własne osobowości, węże strzegą pradawnej wiedzy, a ich mowa jest wspólnym językiem wszystkich istot lasu. Rzeczywiście, sposób przedstawienia zwierząt jest jedną z najbardziej niezwykłych cech powieści: nie są one ani dekoracyjnym tłem, ani antropomorficznymi karykaturami, lecz prawdziwymi zwierzętami, z których każde ma własny, niepowtarzalny charakter.
„Węże są niezwykle dumne ze swojej skóry. Każde najmniejsze zadrapanie odczuwają boleśnie, a gdy tylko przydarzy im się jakiś wypadek, z niecierpliwością czekają na czas linienia, kiedy będą mogły przywdziać nieskazitelnie nową szatę. Szczególnie wrażliwe są na punkcie świeżej skóry i potrafią naprawdę wpaść w gniew, jeśli ktoś przypadkiem opryska je tłuszczem z pieczonego mięsa albo dotknie palcami zabarwionymi na fioletowo od zbierania jagód. Wobec swojej starej, porzuconej, popękanej skóry odczuwają nie tylko obrzydzenie, ale i strach. Podczas długich zimowych miesięcy, kiedy nigdy nie wychodzą ze swoich nor, żmije-matki straszą swoje młode niezliczonymi przerażającymi opowieściami. Wszystkie opowiadają o starych odrzuconych skórach, które w jakiś tajemniczy sposób ożywają, ścigają swoich dawnych właścicieli i duszą ich na śmierć. Małe żmije drżą ze strachu, ale gdy tylko matka kończy opowieść, natychmiast proszą:
„Opowiedz jeszcze jedną! Opowiedz nam jeszcze jedną historię o złej skórze!”
Albo weźmy niedźwiedzie, które bezustannie zabiegają o względy ludzkich kobiet:
„Była to codzienność, ponieważ niewiele kobiet potrafiło oprzeć się niedźwiedziom. Byli tacy wielcy, tacy miękcy, tacy łagodni i tacy cudownie futrzaści. Poza tym byli urodzonymi uwodzicielami, którzy szczerze upodobali sobie ludzkie kobiety i nigdy nie przepuszczali okazji, by zbliżyć się do którejś z nich i zamruczeć jej do ucha. Dawniej, gdy najlepsi spośród naszego ludu wciąż mieszkali w lesie, często zdarzało się, że niedźwiedź zostawał kochankiem kobiety — przynajmniej do chwili, gdy mąż przyłapywał tę parę razem i przeganiał wielkiego brązowego zwierza.”
„Niedźwiedź zabiegający o kobietę potrafi siedzieć w jednym miejscu przez całe dni, cierpliwie, bez jedzenia i wody, z głową przechyloną na bok, z łapami spokojnie opartymi na brzuchu i z głupkowatym wyrazem pyska zakochanego bez pamięci zwierzęcia. Młode kobiety uważają to za nieodparte. „Ach, jaki słodki miś!” — wzdychają wzruszone, a niedźwiedź — osiągnąwszy dokładnie taki efekt, na jaki liczył — podnosi się i niezgrabnie drepcze ku swojej ukochanej, trzymając między zębami jaskier zerwany na łące. A jeśli jest na tyle sprytny, by spleść wianek z mleczy i umieścić go lekko krzywo na czubku głowy, żadna kobieta nie potrafi oprzeć się takiemu idyllicznemu widokowi.”
We wsi ludzie budują płoty, uprawiają ziemię, hodują zwierzęta domowe i ustanawiają zasady. Ironią jest to, że uważają się za bardziej cywilizowanych, podczas gdy pod wieloma względami są znacznie bardziej przesądni niż mieszkańcy lasu:
„Magdaleena zbladła i spojrzała na mnie niepewnie. «Myślisz, że to były jakieś czary? Że nie powinnam była nigdy pozwolić, aby wąż wysysał mi nogę? Ale wtedy bym umarła, ojcze! Nie masz pojęcia, jak źle się czułam! Ojcze, powiedz coś! Dlaczego milczysz?»
«Modliłem się» – odpowiedział cicho Johannes, patrząc Magdaleenie w oczy. «Nie bój się, moje dziecko. Nie zrobiłaś niczego, czym obraziłabyś Boga. Wąż ze swej natury jest grzesznym stworzeniem, jednym ze stworzeń Szatana, ale moc Boga przewyższa moc Szatana. On może posłużyć się nawet najnędzniejszym stworzeniem, aby wypełnić swoje święte zamiary. Szatan zesłał na ciebie tego złego węża, aby cię ukąsił, lecz Bóg w swojej bezgranicznej miłości przyprowadził do ciebie tego młodzieńca, aby ocalił ci życie. Bóg zmusił węża, aby wyciągnął własny jad, a następnie zginął od niego. Błogosławiony niech będzie nasz Ojciec Niebieski!»”
«Wąż nie może umrzeć od własnego jadu» – powiedziałem. «Ukąsił Magdaleenę przez przypadek, a ja po prostu poprosiłem go, żeby oczyścił ranę. Nie było w tym nic cudownego. Wystarczy znać mowę węży.»
«Ale nikt nie zna tej mowy!» – zawołała Magdaleena. «Właśnie dlatego to cud, że ty ją znasz!»
«Każdy może się jej nauczyć» – powiedziałem cicho. «To nie jest aż tak trudna sztuka. Dawniej wszyscy ją znali i żaden wąż nigdy nikogo nie ukąsił.»
Magdaleena zajęła się nakrywaniem do stołu, a Johannes usiadł obok mnie i położył mi rękę na ramieniu. «Nie wyobrażaj sobie, że mógłbyś nauczyć się mowy węży, gdyby sam Pan nie wybrał cię do tego celu» – powiedział. «Bóg nie chciał, aby zginęło niewinne dziecko takie jak moja córka, dlatego otworzył twój umysł na mowę węży, abyś pewnego dnia mógł wyjść z lasu i ocalić życie Magdaleeny.»
«Nic nie wiem o tym waszym Bogu i nie chcę nic o nim wiedzieć» – odpowiedziałem. «To mój wuj nauczył mnie mowy węży. Wszyscy ją znają – chyba że zapomnieli ją po przeprowadzce do wioski.»
«Jeśli o czymś zapomnieliśmy, to dlatego, że Bóg tak chciał» – ciągnął Johannes. «Bóg nie chce, abyśmy rozmawiali z wężami, ponieważ wąż jest jego wrogiem. A co mielibyśmy do powiedzenia wrogowi Boga? Nigdzie na świecie ludzie nie rozmawiają z wężami. Uwierz mi – podróżowałem po świecie i wiem, o czym mówię. Dlaczego mielibyśmy pozostać ostatnimi nędznikami, którzy wciąż trzymają się węży? Co te nieszczęsne stworzenia mogłyby nam właściwie powiedzieć? Uważam, że powinniśmy raczej słuchać tych, którzy są od nas mądrzejsi – obcych, którzy potrafią budować kamienne zamki i klasztory, których statki są wielkie i szybkie, a których ciała pokrywa żelazo, którego żadna strzała nie jest w stanie przebić. Czy sądzisz, że węże nauczyły ich takiej mądrości? Nie. Wszystkiego tego nauczyli się dzięki Bogu. To On oświecił ich umysły i uczynił ich potężnymi, i pomoże także nam – jeśli tylko będziemy Go słuchać.»”
Mimo głębokiej wymowy poruszanych tematów nie jest to bynajmniej mroczna powieść fantasy. Charakterystyczne poczucie humoru Kivirähka – estoński absurd – przenika całą książkę poprzez komiczne sceny, groteskowe postacie, czarny humor oraz łagodnie sarkastyczne, ale w gruncie rzeczy pełne współczucia spojrzenie na świat. Niemal każda postać w powieści jest w jakiś sposób śmieszna – nie dlatego, że jest głupia, lecz dlatego, że każdy jest absolutnie przekonany, iż posiada prawdę. Dotyczy to zarówno mieszkańców wioski, którzy przyjęli rzekomo wyższą kulturę obcych, jak i tych, którzy pozostali w lesie, fanatycznie trzymając się dawnego obrazu świata, a jednocześnie wymyślając coraz więcej przesądów, które nigdy nie istniały w starych tradycjach – podobnie jak obrońcy każdej kultury czującej, że stopniowo zostaje wypychana na margines. Humor Kivirähka jest głęboko ludzki: pokazuje, jak łatwo każdy z nas zaczyna uważać własny obraz świata za jedyną możliwą rzeczywistość.
„Dopiero później zrozumiałem, że chociaż Ülgas i Tambet nienawidzili wszystkich, którzy przenieśli się do wioski, sami również nie żyli już według dawnych zwyczajów. Byli rozgoryczeni i gniewni, ponieważ na ich oczach powoli znikało stare życie lasu. Nie potrafili się z tym pogodzić, więc zamiast tego trzymali się tajemniczych pradawnych obrzędów i wymyślonych zaklęć, szukając ratunku w świecie zmyślonych duchów, a jednocześnie odrzucając mowę węży jako coś zwyczajnego i pozbawionego znaczenia. Wydawała im się zbyt słaba i bezsilna, ponieważ nie potrafiła zatrzymać ludzi w lesie, a przez to nie przynosiła żadnego pożytku. Wierzyli, że ich problemy mogą rozwiązać jedynie magia i duchy. Ponieważ jednak węże wiedziały, że żadna taka magia nie istnieje i że w lesie nie mieszkają żadne duchy, Ülgas i Tambet nie chcieli już mieć z nimi nic wspólnego. Nawet odnalezienie Smoka Północy nie zadowoliłoby ich już. Wyobrażali sobie, że odkryli coś o wiele potężniejszego, i bez końca rozprawiali o swoich duchach i Leśnych Matkach, sądząc, że w ten sposób zachowują dawne wartości. Nigdy nie zrozumieli, że w rzeczywistości oddalili się od tych wartości równie daleko jak ludzie mieszkający w wiosce.”
Przez całą powieść Kivirähk sugeruje, że świat nie jest magiczny dlatego, że zawiera cuda. Jest magiczny dlatego, że wciąż istnieje ktoś, kto potrafi dostrzec w nim cudowność. Ostatecznie mowa węży nie jest wcale językiem magicznym, lecz szczególnym sposobem zwracania uwagi – zdolnością nawiązywania relacji ze światem zamiast dążenia do jego zdominowania.
Kiedy ta zdolność zanika, świat na powierzchni pozostaje niemal taki sam. Te same lasy, te same kamienie, te same rzeki. A jednak znika coś istotnego: poczucie wzajemności.
Cywilizowana ludzkość ma skłonność traktować świat jako zbiór przedmiotów: las jako drewno, rzekę jako zasób wody, węża jako niebezpieczne zwierzę. W świecie Leemeta natura wciąż jest zwracana jako „Ty”. Nie dlatego, że jego świat jest bardziej naiwny, lecz dlatego, że opiera się na innym rodzaju relacji.
Jednym z najgłębszych pytań powieści jest więc to, co naprawdę oznacza bycie człowiekiem. Czy nasze człowieczeństwo polega na tym, że coraz pełniej posiadamy i przekształcamy świat – czy też na tym, że coraz głębiej go rozumiemy i uczymy się do niego przemawiać?
Powieść jest potężną alegorią. Żadna z jej postaci nie wie jednak, że stała się symbolem. Leemet nie zamierza reprezentować dawnej kultury; po prostu chce żyć własnym życiem. Kapłan nie dąży do zniszczenia folkloru; jedynie podąża za swoją wiarą. Mieszkaniec wioski nie chce zostać zdrajcą; po prostu pragnie łatwiejszego życia.
Procesy historyczne często stają się symbolami dopiero z perspektywy czasu. Kivirähk pokazuje natomiast, że od wewnątrz historia jest niczym więcej – i niczym mniej – niż łańcuchem zwyczajnych ludzkich decyzji, które cicho splatają się ze sobą, aż w końcu zmieniają świat.
Widziana oczami historyka historia przebiega właśnie w ten sposób. Ludzie rzadko zdają sobie sprawę, że stoją na granicy nowej epoki; częściej po prostu zauważają, że znany im świat powoli się zmienia.
Kiedy piszę o ormiańskich klasztorach, swańskich wioskach lub ruinach Anatolii, zawsze zadaję sobie to samo pytanie: „Co to miejsce znaczyło dla ludzi, którzy je zbudowali?” Moim celem jest sprawienie, by wewnętrzna logika zaginionego świata znów stała się uchwytna.
Powieść Kivirähka próbuje dokonać czegoś bardzo podobnego, tylko w odwrotnym kierunku. Nie pokazuje nam ruin, lecz żywy świat, który właśnie zmierza ku temu, by się nimi stać. Czytelnik znajduje się w osobliwej sytuacji: wie, że ten świat zniknie, podczas gdy sami bohaterowie jeszcze o tym nie wiedzą. Ta świadomość tworzy głębokie napięcie dramatyczne. To tak, jakbyśmy przechadzali się po średniowiecznej wiosce, wiedząc już, że za kilka stuleci pozostaną po niej jedynie porośnięte mchem kamienie. Jej mieszkańcy wciąż jednak sieją i zbierają plony, zakochują się i kłócą. Dla nich historia nie stała się jeszcze historią.
Powieść przypomina nam, że każda ruina była kiedyś czyjąś teraźniejszością. Archeolog widzi kamienie, historyk rekonstruuje wydarzenia, ale Kivirähk próbuje przywrócić coś innego: jak to było żyć wewnątrz świata, który jeszcze nie wiedział, że wkrótce stanie się wspomnieniem. Lektura wywołuje to samo przejmujące uczucie, jakie odczuwamy, odwiedzając ginącą kulturę w jej ostatnich chwilach, przybywając niejako w dwudziestej czwartej godzinie przed jej zniknięciem.
„Moje lekcje u wuja Vootele trwały nadal. Wtedy byłem już na tyle biegły, że nie spędzaliśmy całego czasu wyłącznie na ćwiczeniu języka węży. Częściej po prostu włóczyliśmy się razem po lesie, rozmawiając o najróżniejszych rzeczach. Czasami byliśmy tylko we dwóch, ale często dołączał do nas także Ints, który wisiał mi na szyi jak wstążka. Wuj Vootele opowiadał nam o wszystkim, co kiedyś istniało, a teraz zniknęło bezpowrotnie. Pokazywał nam chaty porośnięte krzakami, których mieszkańcy albo umarli, albo przenieśli się do wioski, i opowiadał, jacy wspaniali starcy oraz surowe staruszki mieszkali niegdyś w tych budynkach. Sto lat wcześniej nikt nie przypuszczałby, że te chaty kiedyś opustoszeją, że ich ściany runą, a dachy się zawalą. Przedzieraliśmy się przez zarośla i chodziliśmy po ruinach opuszczonych siedzib, gdzie zawsze znajdowaliśmy coś pozostawionego przez dawnych właścicieli. Często odkrywaliśmy całe gospodarstwa: garnki, noże, siekiery i skrzynie wypełnione skórami zwierząt, złotem i drogocennymi kamieniami. Te ostatnie musiały być częścią bogatych łupów zdobytych na statkach, które przybiły do naszych brzegów. Dziwnie było trzymać w dłoniach te brosze i naszyjniki — skarby, nad którymi niegdyś unosił się ogromny cień Smoka Północy. Niemal można było poczuć żar płomieni wydobywających się z paszczy smoka.
Zostawiliśmy wszystko tam, gdzie leżało. Do czego byłyby nam potrzebne skóry, naczynia albo skarby? Sami mieliśmy pod dostatkiem wszystkich tych rzeczy, gromadzonych przez niezliczone pokolenia na przestrzeni wieków. Wydostaliśmy się z rozpadających się ruin, a gęstwina ponownie zamknęła się nad nimi, ukrywając je pod gęstą siecią gałęzi”.
Zakończenie powieści jest niezwykle poruszające, choć nie tragiczne w tradycyjnym sensie. O wszystkim nie decyduje wielka bitwa ani pokonanie jakiegoś ostatecznego złoczyńcy. Pojawia się raczej świadomość, że światy rzadko umierają dlatego, że zostają zniszczone; znacznie częściej znikają dlatego, że ludzie po prostu nie chcą już w nich żyć. To właśnie czyni tę powieść ponadczasową. Nie opowiada ona wyłącznie o średniowiecznej Estonii, lecz o każdej epoce, w której kultura, język lub sposób życia powoli ustępują miejsca nowemu porządkowi.
„Zostałem sam ze Smokiem Północy. Od czterdziestu lat jestem jego strażnikiem i ja również bardzo się zestarzałem. Ostatnio prawie nie wychodzę na zewnątrz. Dużo śpię i śnię. Najczęściej śni mi się, że znów jestem dzieckiem i siedzę w piwnicy wuja Vootele, a on uczy mnie słów węży. Potem nagle blednie, przewraca się do tyłu i umiera. Ale ja się nie boję. Zamiast tego przytulam się do niego, jest mi ciepło i dobrze. Zapach rozkładającego się ciała mojego wuja wcale mi nie przeszkadza; przeciwnie, wydaje mi się znajomy i opiekuńczy. Wtedy zazwyczaj się budzę i odkrywam, że opieram się o Smoka Północy, choć zapach wciąż czuję w nozdrzach. Wiem, że nie pochodzi on od Smoka, bo on jest wieczny. Pochodzi ode mnie, od starego człowieka.
Syczę kilka słów węży w pustkę — tych samych słów, których kiedyś nauczył mnie wuj Vootele — a te słowa oczyszczają powietrze z odoru. Wszystko inne we mnie może się rozkładać, ale język węży pozostaje zawsze świeży. Język węży i Smok Północy, który spokojnie śpi.
Dlatego o nic się nie martwię. Mogę spokojnie ponownie zamknąć oczy. Nikt nie zakłóca mojego snu. Niech w pokoju spoczywają Smok Północy i ostatni człowiek, który wciąż mówi językiem węży”.
Ilustracje wykonał Kaljo Põllu (1934–2010), który w swoim wyjątkowym stylu stworzył w grafice prywatną estońską mitologię.

















Add comment