Po powrocie z naszych wspólnych podróży często przygotowujemy wspólne wpisy. Nie są to kompletne i linearne relacje z podróży, lecz raczej kalejdoskopowe kompozycje złożone z wielu różnych fragmentów wspomnień i refleksji — rodzaj żywego patchworku, przypominającego kobierzec małych krzyży wyrytych na ścianach ormiańskich kościołów.
Taką właśnie kolekcję publikujemy teraz po naszej podróży do Armenii. Wyruszając z Kutaisi — stąd gruzińskie fotografie — wjechaliśmy do kraju przez północny region klasztorów wpisanych na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO (Akhtala, Haghpat, Sanahin i Odzun). Podążając wzdłuż jeziora Sewan i przekraczając góry Wardenis, na których przełęczy stoi karawanseraj Orbelyanów zbudowany w 1332 roku, dotarliśmy do Sjuniku, być może najbogatszej w średniowieczne zabytki prowincji Armenii. Następnie spędziliśmy trzy dni w Erywaniu i jego okolicach, po czym wróciliśmy do domu samolotem.
Poniższe teksty oferują wiele różnych odpowiedzi na pytanie, co najbardziej urzeka osobę odwiedzającą Armenię po raz pierwszy. Niektóre odkrycia można jednak zdobyć jedynie poprzez wielokrotne powroty. Dla mnie, który z racji wykonywanego zawodu powinien znać wszystkie najważniejsze zabytki i ich historię, największym odkryciem tej podróży było uświadomienie sobie, jak bogate historie kryją się nawet za pozornie nieistotnymi detalami: samotnymi chaczkarami, nagrobkami, fragmentami fresków czy ozdobnymi krzyżami wyrytymi w murach świątyń. Zacząłem już o nich pisać, wpis po wpisie; ich stale rosnącą listę można znaleźć tutaj, w dziale zatytułowanym „Historia Armenii zapisana w obrazach”. To właśnie bogactwo tych szczegółów zainspirowało mnie do rozpoczęcia pracy nad przewodnikiem po Armenii, który przedstawiałby zabytki i kraj poprzez takie detale oraz związane z nimi historie. Mam nadzieję, że podczas naszej następnej podróży do Armenii będę mógł wręczyć taki przewodnik moim współpodróżnikom.
Tamás
Trzymając się gór
W Armenii skały często były zabarwione na pomarańczowo przez porosty. Jestem biologiem i wiem, że porosty są pierwszymi organizmami, które zaczynają życie na nowo powstałym skalistym terenie. Rozpuszczają minerały ze skał, rozpoczynają fotosyntezę i tworzą pierwszą glebę. Dla mnie te porosty są symbolem Armenii i ormian. Byli jednymi z pierwszych chrześcijan, którzy zakorzenili się w tej górskiej krainie. W trudnych warunkach, trzymając się swoich wspaniałych gór, uprawiają doliny ukryte między szczytami — doliny dające zboże, winnice i drzewa owocowe. Sama natura dała tu początek orzechowi włoskiemu, pigwie, gruszy i jabłoni, a ludzie tworzyli z nich żyzne ogrody. W tych krajobrazach wznieśli majestatyczne miejsca sakralne, które harmonijnie współgrają z terenem. Niestety region ten okazał się dla nich bardzo surowy. My, węgrzy, jesteśmy przy nich raczej słabymi początkującymi z naszym najazdem mongolskim, turkami i Trianonem. Istnieje powiedzenie: „Co cię nie zabije, to cię wzmocni”. Cóż — ich wiele razy niemal całkowicie wyniszczono. To właśnie ich wzmocniło.
Attila i Viktória
Armenia zaskakuje — ale nie tak, jak się spodziewamy
W czasie pandemii COVID musiałem dużo jeździć samochodem z powodów zawodowych, ale w tamtym okresie czynnych było niewiele stacji benzynowych. Kiedy w końcu znalazło się taką, która działała, odczuwało się niemal archaiczne szczęście. Było to podobne uczucie jak postój w karawanseraju Orbeliani, zarówno dziś, jak i przed wiekami. Choć funkcjonalnie bardziej przypominał górskie schronisko w Tatrach, na wysokości 2410 metrów — szczególnie w błotnistą i nieprzyjemną pogodę — czuło się, że ta ogromna, pozbawiona okien budowla nie została stworzona dla dekoracji, lecz dla przetrwania. Podczas gdy na zewnątrz pogoda i bandyci stanowiły zagrożenie, wewnątrz, w ścisku zwierzęcego i ludzkiego ciepła, rodziły się relacje. Wielka sala z kuchnią wspólną, od której odchodziło długie skrzydło trójnawowe; w nawie środkowej rozładowywano towary, a w bocznych mogły odpoczywać zwierzęta razem z ich właścicielami. Od anonimowych karawanierów po kupców jedwabiu — każdy mógł zostać bezpłatnie przez trzy dni na koszt państwa.
Zorac Karer było miejscem, na które najbardziej czekałem — tym starożytnym, mistycznym stanowiskiem — ale tam uświadomiłem sobie coś ważnego o sobie samym, a może o ludzkim umyśle w ogóle. Po prostu nie jestem w stanie objąć, zapamiętać ani nawet rozważyć głębi czasu, w której powstało Zorac Karer. Świat sprzed 6000 lat jest zbyt odległy. Znaki są zbyt obce. Kamienie są zbyt milczące. Kultura, która je stworzyła, znajduje się całkowicie poza tym, co mogę realnie przyswoić. Choć ta epoka jest imponująca, mój umysł odbija się od tych dawnych kamieni, ponieważ nie ma tam żadnego punktu zaczepienia.
W przeciwieństwie do tego Noratus, mimo równie szacownego wieku 1100 lat, wydawał się miejscem znacznie bliższym. Znany cmentarz jako kultura pamięci i życia. Jako dziecko często chodziłem na cmentarze z moją prababcią. Przy każdym grobie potrafiła opowiedzieć historię życia, a wokół każdej kwatery spotykaliśmy innych odwiedzających, z którymi naturalnie rozpoczynała się krótka rozmowa. Cmentarz i targ były najważniejszymi miejscami wymiany informacji. A jeśli ktoś ma już dość wijących się chaczkarów, oto kilka zdjęć z dołu i z góry, gdzie setki rzeźbionych nagrobków zapadają się w zieloną trawę jak rodzynki w cieście.
Bardziej naukowy opis cmentarza można znaleźć w wpisie Río Wang z 2009 roku.
Péter
Żywa historia
To, co najbardziej mnie poruszyło, to poczucie starożytności i żywej historii, które towarzyszyło nam przez niemal całą podróż — szczególnie w armeńskich klasztorach i w górskich krajobrazach Gruzji. Uderzające było to, jak ściśle splatają się tam natura, wiara, codzienne życie i gościnność ludzi.
Szczególne wrażenie zrobiły na mnie drogi wijące się przez góry, stare kamienne kościoły oraz poczucie, że czas płynie tam inaczej. Jednocześnie pojawiało się nieoczekiwane uczucie „domu”, pewien wewnętrzny spokój i bliskość, jakby to było miejsce od dawna znajome.
Dla mnie nie była to jedynie podróż, ale okazja, by trochę zwolnić, spojrzeć na świat inaczej i spotkać bardzo interesujących ludzi.
Dziękuję Tamásowi za atmosferę, otwartość i wspólne doświadczenia.
Iryna
Słoje drzewa
Ludzkie życie składa się z warstw, które można porównać do słojów drzewa albo być może do rozdziałów książki; a nurt naszych myśli jest pełen echa, w którym te warstwy ze sobą rozmawiają. Lubię podróżować w nowe miejsca, ale jeszcze bardziej lubię wracać wielokrotnie do niektórych z nich. Skomplikowaną nić moich podróży rozumiem przede wszystkim poprzez rezonanse, które narastają wraz z pojawianiem się kolejnych możliwości głębszego zrozumienia.
Sanahin zobaczyłem po raz pierwszy zimą i żywo pamiętam wilgotne kamienie jego dawnych murów oraz rozbrzmiewający dźwięk topniejącego śniegu, kapiącego wszędzie: z drzew wokół kompleksu i w jego otwartych przestrzeniach na twarde kamienne posadzki. Był to koncert dźwięków natury, który sprawiał, że całe miejsce wydawało się w jakiś sposób żywe.
Jedenaście lat później jestem w Sanahin ponownie, w innym towarzystwie, i dobrze, że w międzyczasie nie zaszły tam żadne istotne zmiany. Teraz jest wiosna, przechodząca w lato, a jaskółki wlatujące i wylatujące z gniazd, karmiące swoje młode, są doskonałą drugą zwrotką pieśni, jaką jest Sanahin – rezonującą chwałą miejsca i kamienia, z wnętrzami bogato wykutymi w teksty i postacie, silnie rezonującymi z ludzkim głosem. Znowu mam poczucie, że znajduję się w obecności czegoś żywego; albo przynajmniej czegoś stworzonego przez człowieka z wysokim stopniem intencjonalności, co nadal ma moc oddziaływania na współczesnych ludzi.
Lloyd
Refleksje (Gruzja i Armenia)
Szyld mówi wszystko o postsowieckim Kaukazie. Ten, kto jeszcze wczoraj protestował, dziś z radością pije – a nad literą „H” w kształcie svaneckich wież po gruzińsku napisano, że to bar. Dysydent czy hedonista? W Gruzji: to zależy.
Na brązie obok siebie współistnieją menora, krzyż, półksiężyc i pismo gruzińskie – jeden przedmiot, który skupia w sobie całą istotę Gruzji. Ten kraj od tysięcy lat stoi na granicy Wschodu i Zachodu, Biblii i świata pogańskiego, i tego nie tłumaczy: po prostu to pokazuje i pozostawia interpretację widzowi.
Ta mała, skorodowana postać ma ponad tysiąc lat, a mimo to ma zupełnie żywą twarz – otwarte usta, skrzyżowane ręce, kolczyki. Nie złoto świeci najmocniej, lecz zardzewiałe żelazo, z którego wciąż patrzy człowiek.
Na ścianie klasztornego kościoła morze Sądu Ostatecznego: smoki, potwory, statki, centaury i biały jednorożec pędzący przez fale. Kto uważał, że średniowieczna wyobraźnia chrześcijańska była łagodna i zdyscyplinowana, niech spojrzy na tę ścianę.
W świetle świec kobiety w chustach stoją przed amboną i rozmawiają. Nie są turystkami, lecz uczestniczkami – i tę różnicę czuje się natychmiast. Kamień, dym i śpiew stapiają się w coś, co nie potrzebuje już słów.
Obraz mówi to, co trudno wyrazić słowami: Kaukaz nie jest muzeum, w którym tradycja stoi za szkłem. Ten długobrody mnich oparty o kamienną ścianę przewija telefon – i nie jest to sprzeczność, lecz po prostu życie.
W Dniu Zwycięstwa mężczyzna z rosyjską odznaką z dumą unosi flagę ze Stalinem. W Gruzji jest to jednocześnie deklaracja polityczna i widok starej, otwartej rany. Trudno przejść obok bez słowa.
W stylu ikony, z gloriią – „trzej z Jałty”. Ktoś zrobił to serio, ktoś ironicznie. W Gruzji nigdy nie ma pewności. I to też jest ten kraj.
Popiersie Stalina wyrasta z wysokiej cmentarnej trawy u stóp średniowiecznej wieży. Kaukaz nie porządkuje swojej historii. Żyje z nią. Ale tutaj to raczej zabójcza ironia.
„Przyjaźń narodów 2026”. Każda wyryta data to prawdziwa rana: 1783, 1801, 1921, 1937, 2008. Gruzini nie zapominają i nie chcą zapominać. Gwiazdy UE i napis „Stop Russia” obok siebie jasno pokazują, dokąd chciałaby zmierzać ta część kraju – gdyby jej na to pozwolono.
Robi
Back to the USSR
Oprócz wielu wspaniałych klasztorów, cmentarzy i niezwykłych zabytków starałem się również poprzez moje fotografie pokazać, jak żyją dziś Ormianie oraz jak przynależność do dawnego Związku Radzieckiego nadal odciska swoje piętno na krajobrazie.
Zsófi
Erywań
Przygotowując się do podróży, zdałem sobie sprawę, że właściwie nie mam pojęcia, jak wygląda Erywań — jaki styl architektoniczny go definiuje ani jaka atmosfera panuje w jego przestrzeniach publicznych i budynkach. Po pięciu dniach spędzonych w krajobrazie przeszłości, przetykanym klasztorami, chaczkarem oraz ormiańskimi i żydowskimi cmentarzami, sam Erywań wydawał się portalem czasu. Nagle przeskoczyliśmy tysiąc lat do obrazu wielkiego miasta ukształtowanego przez świadomą i bezkompromisową wizję urbanistyczną. Nieprzypadkowo: Erywań był pierwszym miastem radzieckim przebudowanym według kompleksowego planu generalnego opracowanego przez wizjonerskich inżynierów. Jego układ promienisty powstał w latach 20. XX wieku według projektów ormiańskiego architekta Aleksandra Tamaniana, który kazał zburzyć stare bazary, kościoły, meczety, a nawet perską twierdzę.
Epokę sowiecką przywołują nie tylko wielkie place i monumentalne budynki, lecz także wybitne przykłady modernizmu radzieckiego. Obok surowych struktur neoklasycystycznych odważni architekci zrezygnowali z niepotrzebnych dekoracji i pozwolili przemówić samym materiałom. Surowy beton i kamień — głównie tuf wulkaniczny i wapień — tworzą czyste, bezkompromisowe struktury, które ucieleśniają ideologiczną wiarę w nowy świat: równość, kolektywizm, funkcjonalność. Oczywiście w ormiańskim wydaniu. Geometria dyktowana przez beton i kamień zostaje jakby złagodzona motywami zaczerpniętymi z ormiańskiej sztuki ludowej i tradycyjnej rzeźby kamiennej. Jakby granat wyryty w czerwonej gwieździe dziwnie łagodził autorytarny symbol.
Nagle wyczuwam rezonans między ormiańskimi klasztorami a erywańską architekturą brutalistyczną. Wspólny fundament jest ten sam: surowy materiał, masywna struktura i pewien rodzaj wiary, który popycha budowniczych do nadludzkiego wysiłku. A przesłanie — pozbawione ornamentu, obrazu i dekoracji — również jest to samo: wytrwałość w nadziei na lepszą przyszłość.
Subiektywny wybór erywańskiej architektury brutalistycznej i modernizmu radzieckiego:
• Kompleks Kaskada: Gigantyczne schody i przestrzeń wystawiennicza mieszcząca Cafesjian Center for the Arts. Piękne spotkanie sowieckiego brutalizmu i ormiańskiej rzeźby w kamieniu. Choć budowa trwała dziesięciolecia, uniknięto najgorszego scenariusza — ponurej, imperialnej struktury defiladowej — i stworzono przestrzeń publiczną do spacerów, siedzenia, a dla miłośników socjalistycznego retro także z ruchomymi schodami.
• Stacja metra Jeritasardakan: Otwarte w 1981 roku wejście tworzy masywną, żebrowaną, rurową strukturę wyrastającą z głębi niczym piaskowy robak z „Diuny”, oświetlając pasażerów podczas schodzenia i wychodzenia z metra.
• Narodowy Uniwersytet Architektury i Budownictwa: Jeden z najbardziej wyrazistych przykładów ormiańskiego brutalizmu. Surowe powierzchnie betonowe tworzą formy przypominające koniczyny, uzupełnione terakotowymi kamiennymi ramami, łączącymi modernistyczną geometrię z tradycyjnymi motywami dekoracyjnymi.
• Dom Szachowy im. Tigrana Petrosjana: Zbudowany w 1970 roku i nazwany na cześć ormiańskiego arcymistrza szachowego. Odbywają się tu nie tylko międzynarodowe turnieje — w dni powszednie po południu pełen jest dzieci uczących się gry, co odzwierciedla niezwykłą popularność szachów w Armenii.
Petra i Endre
Przestrzeń pośrednia
Jeśli uznamy Węgry przynajmniej częściowo za przestrzeń pośrednią, to jeszcze bardziej dotyczy to Armenii – przynajmniej w moim pozytywnym odczuciu. To kraj chrześcijański z orientalnymi korkami ulicznymi, małymi sklepikami, pismem trudnym dla nas do odczytania, ale z całkowicie zachodnimi centrami miast i usługami.
Gdy byliśmy jeszcze tylko „blisko” nich, a następnie niemal 600 lat później podbiliśmy Kotlinę Karpacką, chrześcijaństwo było tam już od wieków religią państwową. Daje to 600 lat przewagi, ale też 600 lat więcej wojen do stoczenia z wrogami atakującymi ze wszystkich stron. Armenia utraciła większość swojego terytorium; jej dawna stolica Ani znajduje się dziś w Turcji, a większość Ormian żyje poza granicami kraju. Choć nie identyczny, w historii można dostrzec podobny „schemat”.
Sposób, w jaki przeżywają swoją religijność, wydawał mi się znacznie bardziej codzienny i otwarty niż w świecie zachodnim.
Stan „pośredni” – między rzeczywistością a światem cyfrowym – zniknął tutaj podczas tygodnia dobrowolnego cyfrowego detoksu, a zamiast tego polegaliśmy na niewyczerpanej wiedzy i doświadczeniu naszego przewodnika. Od Tamása otrzymaliśmy tak dużą ilość informacji, że musi ona jeszcze się ułożyć; później, opierając się na solidnych podstawach, które nam dał, będziemy mogli przekazywać to, czego tu doświadczyliśmy i nauczyliśmy się.
Na koniec zapytaliśmy Tamása o dziesięć słów, które powinniśmy zabrać z tej podróży. Oczywiście każdy miał własne. Oto nasze:
• gavit
• khachkar
• góry
• molokanie
• Ararat
• wczesne chrześcijaństwo (w porównaniu z Węgrami)
• relacja między kościołem a krajobrazem
• psy z chipami w uszach
• ród Orbeliani
• Momik, kamieniarz
Dziękujemy wszystkim za dobrą atmosferę! Zawsze istnieje pewne ryzyko, jaka będzie grupa. To nie były wakacje, lecz podróż, której istotnym elementem była nauka – a to zawsze tworzy dobry zespół.
Zsófi i Tamás
Wytrwałość
W Armenii odległości nie mierzy się wyłącznie w kilometrach. To także odległość w czasie, historii i duszy.
Klasztory nie zabiegają o względy odwiedzających ani nie dominują nad krajobrazem; przeciwnie, niemal niezauważalnie wtapiają się w góry. Do niektórych prowadzą kręte serpentyny, do innych wiszące mosty, a są i takie, które można dostrzec dopiero z daleka, po długim objeździe. Tutaj na każdy widok trzeba sobie zapracować. To nie są Pola Elizejskie z Łukiem Triumfalnym na końcu. Te miejsca mają swoją wagę i wymagają czasu.
Być może dlatego przeżycia są tu tak intensywne. Błogosławieństwo miejscowego kapłana towarzyszące podróżnemu w drodze. Wielowiekowe rękopisy, które zdają się przemawiać do człowieka. Dziwne, mistyczne kamienie, sprawiające wrażenie, że wiedzą o przeszłości więcej niż my sami. Żywa tradycja, która nie jest tutaj muzealnym eksponatem, lecz częścią codziennego życia.
Własny alfabet, osobliwie brzmiący język, bezkresne górskie krajobrazy i historia narodu, który los wystawiał na próbę raz po raz, opowiadają tę samą historię: historię wytrwałości. Historię wartości, które odsłaniają się tylko tym, którzy są gotowi poświęcić im czas, uwagę i wysiłek.
Armenia nie jest zwykłym celem podróży. To raczej opowieść, która odsłania się powoli, a gdy człowiek dociera do jej końca, ma poczucie, że poznał nie tylko kraj, ale także odrobinę samego siebie.
Jestem za to wdzięczna.
Györgyi
Ormiańska pocztówka
Armenia odebrała mi mowę; niech zamiast mnie przemówią obrazy. Czytając teksty wielu innych osób, często kiwałem głową: mógłbym to samo napisać, dlatego ograniczę się do kilku słów-kluczy: drzewa, kwiaty, światło, natura, kamienie, ludzie i wiara. Mieszanka odległej przeszłości, niedawnej przeszłości i teraźniejszości – wszystko w niezwykłej harmonii.
Dla mnie odkrywanie Kaukazu było podróżą w przeszłość: góry, doliny, potoki, kamienie, dawne kultury – ale najpiękniejsze wspomnienia to przede wszystkim ludzie, którzy tu żyją, ich harmonia i pełen godności spokój. Mimo że minione stulecia i tysiąclecia w tym regionie były dalekie od pokoju.
Moje podziękowania dla Tamása Sajó za pokazanie mi tego wspaniałego kraju.
Helen
Drzewa owocowe i zwierzęta
Poza wszystkimi standardowymi zabytkami i cudami ta podróż pozostawiła mi niezliczone, niezapomniane wspomnienia.
Jak wszystko jest szmaragdowozielone, jak na każdym skrawku ziemi zdaje się kwitnąć drzewo owocowe, jak głośni i pełni życia są ludzie, jak pyszne są warzywa. Wiem — to maj.
A jednak, kiedy wracam myślami do tej podróży, przede wszystkim przychodzą mi na myśl zwierzęta. Żywe i martwe, maleńkie i monumentalne, odlane ze złota lub żelaza, pojawiające się wszędzie: przy drogach, na placach miast, w muzeach, kościołach i na chaczkarach. Cicho przypominają, że zwierzęta są po prostu częścią naszego życia — naturalnie i bez potrzeby jakiejkolwiek filozoficznej refleksji.
Mari
Komentarz
Te kilka fotografii po prostu wyraża to, co zrobiło na nas największe wrażenie:
1 – piękno krajobrazów
2 – żywi i umarli
3 – pobożność
4 – ciężar przeszłości
5 – teraźniejszość
6 – niepewna przyszłość
Pauline i Jean-Claude














































Add comment