Tutejsi

Troki, pierwsze książęce centrum Litwy, leżą w idyllicznym krajobrazie, pośród łagodnych wzgórz, lasów i jezior – jak zresztą cała Litwa. Uderzający jest kontrast: najkrwawsze wydarzenia XX wieku nie rozgrywały się w dramatycznych górach, lecz w tak łagodnych krajobrazach jak litewskie, białoruskie czy ukraińskie wyżyny, lasy i jeziora – w „Krwawej strefie”, jak nazywa ją Timothy Snyder.

Ten kontrast przenika również książkę fotografa Arūnasa Baltėnasa i antropolożki Liny Leparskienė Vietiniai. Nepaprasta kelionė į Trakų kraštą (Ludzie stąd. Niezwykła podróż po regionie Trok). I właściwie nie byłoby przesadą przetłumaczyć nepaprasta – jako przeciwieństwo paprasta, czyli „codzienne, zwyczajne” – jako „sny”, bo właśnie to robią autorzy: powoli przemierzając ten powolny kraj i wypytując jego mieszkańców o ich życie, ukazują piękno świecące w głębi zwyczajnego świata.

„Można podróżować z miejsca do miejsca, od człowieka do człowieka, a także z teraźniejszości w przeszłość. Tę ostatnią możliwość dają opowieści biograficzne, które pomagają zrozumieć świat codzienności, osobiste doświadczenia zachowane w pamięci i opowiadane przez tych, którzy je przeżyli. Z takich właśnie relacji mieszkańców regionu Trok powstała ta książka. Nie jest ona jednak jedynie opowieścią o przeszłości. To raczej podróż przez inny rodzaj czasu – wolniejszy czas, podporządkowany ludzkiej myśli i ściśle związany z wydarzeniami przeszłości.

Z zebranych tekstów wybraliśmy do książki krótkie fragmenty historii życia. Wiele z tych osób nie interesowało się samymi badaniami, lecz możliwością, że ktoś ich wysłucha. Ich portrety fotograficzne pokazują, jak piękny jest człowiek opowiadający swoje życie. Każdy portret w tej książce obejmuje dwie płaszczyzny czasu: uchwycony moment opowieści i całe ludzkie życie.

Krajobrazy, wnętrza, wrażenia z badań terenowych i opisy miejsc skromnie uzupełniają teksty i pomagają odkryć głębszy ludzki świat regionu Trok.”

vietiniai1vietiniai1vietiniai1vietiniai1vietiniai1vietiniai1vietiniai1vietiniai1vietiniai1vietiniai1vietiniai1vietiniai1vietiniai1vietiniai1vietiniai1vietiniai1vietiniai1vietiniai1vietiniai1vietiniai1vietiniai1vietiniai1vietiniai1vietiniai1vietiniai1vietiniai1vietiniai1vietiniai1vietiniai1vietiniai1vietiniai1vietiniai1vietiniai1vietiniai1vietiniai1vietiniai1vietiniai1vietiniai1vietiniai1vietiniai1vietiniai1

I dlatego jest to również „senne”, ponieważ dobrze widać, że przejście bezwzględnej machiny XX wieku przez ich półśredniowieczny sposób życia przeżywali jak sen, nieposiadający żadnej zrozumiałej relacji z rzeczywistością – mimo że skutki tego koszmaru były jak najbardziej realne.

„Druga wojna światowa jest jednym z najważniejszych tematów pamięci w relacjach starszych pokoleń. To czas dziecięcych wrażeń, kiedy człowiek patrzył na rozpadający się i na nowo składany świat jakby przez okno kina – na armie, które, jak powiedział starszy mieszkaniec wsi Żuklijai Jonas, „jak całun” pokrywały pola i nie miały końca. Przeszli Polacy, „plekavičiukai” [sowieccy okupanci], Niemcy, pędzeni na śmierć Żydzi, deportowani, Rosjanie, litewscy partyzanci.”

Jedną z najbardziej charakterystycznych cech tego regionu jest wieloetniczność i wielojęzyczność. Mieszkają tu Litwini, Karaimi i dawniej także Żydzi aszkenazyjscy, Tatarzy, Polacy, Białorusini, rosyjscy starowiercy – wszyscy wyznają własną religię, mówią własną gwarą, o której z lekkim zakłopotaniem mówią, że oczywiście nie jest to „prawdziwy” język. A książka zapisuje każdą wypowiedź w jej oryginalnym języku i dialekcie, zachowując nawet przełączanie języków w obrębie jednego tekstu.

„Nasza podróż rozpoczęła się właśnie w Trokach. Nieprzypadkowo wybraliśmy poruszającą historię Karaima Michaiła o uprawie ogórków i ich transporcie do Wilna. Ta opowieść brzmi jak epos minionej epoki. Temat ogórków – niezależnie od tego, czy o niego pytaliśmy, czy nie – często powracał. Były one bowiem ważnym źródłem utrzymania Karaimów.

Dla Michaiła wspomnienie ogórków wiąże się z międzywojennymi Trokami – małym miastem, w którym ludzie potrafili jeszcze znaleźć wspólny język. Po przejściu na emeryturę napisał nawet wiersz o ich uprawie; w tradycji karaimskiej istnieje więcej takich utworów.”

„Kiedy nadchodzi wiosna, bierze się nasiona, zawija je w coś ciepłego i trzyma w cieple. Wtedy zaczynają kiełkować. Gdy pojawią się kiełki, sadzi się je do tzw. „katuchy”. To skrzynia z desek wypełniona żyzną ziemią. Nasiona sadzi się tak, aby się nie nakładały. Katuchę zwilża się, przysypuje ziemią i stawia na piecu, żeby było ciepło. Tam rosną, aż wypuszczą dwa listki. Gdy mają dwa liście, można je wysadzić do ogrodu – grządka jest już przygotowana. Tak sadzi się ogórki do ziemi. Podlewa się je i rosną, rosną, rosną… aż pojawia się trzeci liść i zaczynają kwitnąć.”

Trzeba je podlewać codziennie – to ciężka praca. Na jedną grządkę potrzeba całego wiadra wody. Używa się specjalnego narzędzia do podlewania z długim trzonkiem i małym naczyniem. Roślin nie można podlewać z góry, tylko z boku. Tak rosną dalej, aż pojawiają się ogórki. Ogórki z Trok są piękne, zielone, lekko żółtawe. Są proste i krzywe. Te proste i ładne się zbiera, krzywe („pypliukai”) daje się zwierzętom. Zielone się zbiera, żółknące zostawia na nasiona.

Z katuchy przesadza się je do ogrodu i czeka na plony… Zbiera się tylko zielone. Myje się je i wkłada do worków. Dziś sprzedaje się je na kilogramy, dawniej – setkami. Zawożono je do Wilna. Wyjeżdżano wieczorem, podróż trwała cztery–pięć godzin. Na targu już czekali kupcy. Ludzie odpoczywali, konie dostawały owies, a gospodarze spali na wozie. Po dwóch–trzech godzinach szli sprzedawać. Czasem kupowały klasztory – brały tylko dobre ogórki i dobrze płaciły.

Potem była druga część targu: kosze z ciastami. Kobiety piekły je z jajkami i cebulą. Nazywano je „ze smarkaczami” – ciasta do ogórków. Pomocnicy przy rozładunku byli opłacani. Kiedyś skradziono nam worki, ale były oznaczone inicjałami A. Z., więc wróciły. Dzieciom zawsze coś kupowano – ciasta, chleb. Pieniądze chowano w butach albo u kobiet w biustonoszu. Powrót był około trzeciej po południu, konie były już wypoczęte i biegły szybciej.

Droga prowadziła przez wzgórze Paneriai, gdzie był las Barčiukai – tam działali rabusie. Jeśli mieli szczęście, udawało im się uciec, jeśli nie – tracili wszystko.

A gdy wracali do domu, rodzina czekała na prezenty z Wilna. A chleb pachniał ogórkami z worków.”

* * *

W czasach carskich… carat trwał sto dwadzieścia pięć lat. Kto rozpoczął powstania przeciwko caratowi? Polacy, Litwini, nikt inny. I przez sto dwadzieścia pięć lat walczyli z caratem. Car ich prześladował – nie wolno było mówić ani po polsku, ani po litewsku, w ogóle nic, tylko po rosyjsku.

Potem ukrywali się litewscy i polscy nauczyciele i potajemnie uczyli. Powstania trwały dalej, a kozacy carski bardzo ich pilnowali. W tamtych czasach kozacy pod carem byli tym, czym później NKWD za Stalina. A ludzie pomagali powstańcom – Litwini zanosili im jedzenie, wszystko. Wszystko było w lasach, wszystko zarosło gęstwiną, i w lasach ukrywali się litewscy i polscy powstańcy. Chłopi… pytałem mojej babci, która miała dziewięćdziesiąt dwa lata, ona mi to opowiadała. Zanosili jedzenie. Mój dziadek też woził je wozem. Ale jak można było przewozić jedzenie? W wozie na dole było jedzenie, a na górze druga deska, a na niej siano, grabie – tak to przewożono.

Potem zrobili mnie leśnikiem. Dali mi dziewięćdziesiąt pięć hektarów lasu. Spróbuj to ogarnąć! Co roku trzeba było sadzić sto hektarów lasu. Zorganizowałem dwie kobiece brygady, które sadziły las: jedna dziesięcioosobowa, druga też dziesięcioosobowa. Przez dziesięć lat byłem leśnikiem, wcześniej dwa lata robotnikiem.

W moim lesie działało siedemnaście nielegalnych bimbrowni. Dlaczego pędzono bimber? Bo były kołchozy, życie było ciężkie, robiono wszystko, co się dało. Potem szef Pulczenko wydał polecenie, żeby zlikwidować bimbrownie. Powiedziałem na zebraniu: „To tak nie może być. My nie odpowiadamy za bimbrownie. To sprawa milicji, niech robią, co chcą. Ale nie damy im prawa, żeby je niszczyli. Bo jeśli ja zniszczę bimbrownię, oni zniszczą las. Wszystko spalą!” Szef powiedział: „Dobrze.”

I wtedy wysłano milicję. Milicjanci chodzili po lesie i likwidowali bimbrownie, a leśnicy nie wycinali lasu.

* * *

Najstarsze wzmianki o pałacu w Landwarowie sięgają XVI wieku, ale najważniejsze rozdziały jego historii zaczynają się w połowie XIX wieku, kiedy majątek kupił jeden z najbogatszych litewskich ziemian, hrabia Józef Tyszkiewicz. Majątek naprawdę rozkwitł, gdy odziedziczył go jego syn Władysław. Wraz z żoną Christine Lubomirską stworzyli kompleks, który dziś słusznie uważany jest za jeden z najbardziej imponujących zespołów rezydencjonalnych na Litwie.

W okolicach stacji kolejowej zaczęło powstawać miasteczko, które początkowo przypominało raczej kurort. Wcześniej ten region znany był jako Pietuchowo (litew. Gaidiškės). Słynny poeta XVII wieku Motiejus Kazimieras Sarbievijus wspomina go jako „trzecią milę, czyli Wieś Koguta”, opisując pielgrzymkę do cudownego obrazu Matki Boskiej Trockiej.

Dziś przez Landwarów często przejeżdżają pielgrzymi do Trok. Przez miasto prowadzi malownicza stara droga Wilno–Troki.

Landwarów XXI wieku to wielonarodowe, na pierwszy rzut oka dość chaotyczne miasto przemysłowe z opuszczonym, ale pięknym dworem i lokalną mafią, która pozostała tu po odzyskaniu niepodległości. Jednak gdy przyjrzeć się bliżej, widać, że dziedzictwo dawnego majątku jest tak silne, że przy odrobinie uporządkowania miasto mogłoby po prostu zakwitnąć.

Kolej dzieli Landwarów na części, które mieszkańcy nazywają dawnymi nazwami wsi albo nadają im nowe. Jedną z nich jest Trikampis (Trójkąt) – dzielnica ukryta między dwiema odnogami torów, z wiejskimi domami, blaszanymi garażami, złymi drogami i być może ostatnią krową w Landwarowie.

Wieś Naujasis Lentvaris została zbudowana przez hrabiego dla jego robotników. Tu mieszkali również rodzice Jadvygos, kobiety z Nowego Landwarowa. Ta sympatyczna starsza pani przed swoim domem hodowała chyba najpiękniejsze dalie w okolicy. Była pobożna i porządna – pokazała nam, jak się prawidłowo modlić, jak wiązać poświęcone bazie, a nawet wyjęła kołowrotek, gdy zobaczyła, że interesują nas dawne rzeczy.

Opowiedziała też niezwykłą historię: jej ojca pewna przejeżdżająca rodzina romska poprosiła, by został ojcem chrzestnym ich dziecka – w zamian za to, że bez żalu podarował im padłą świnię.

Jadvygę przedstawiła nam „patriotka” z Landwarowa – Barbara. Zawsze interesowała się życiem hrabiów i parkiem, który stworzyli, bo jej dziadkowie również tu pracowali. Kiedy zaczęła pracę w fabryce dywanów na terenie pałacu, dużo rozmawiała ze Stanislovasem Kimbarasem, dawnym administratorem majątku. Od niego usłyszała niewiarygodną historię, że w zakładzie nitowniczym pracował niedźwiedź.

W 1905 roku w miejscu zwanym Kajtra działała fabryka. Były tam dwa typy zakładów: jeden bardziej związany z końmi, drugi inny. I opowiadano, że pracował tam niedźwiedź jako tragarz. Nosił skrzynie z gwoździami. Tak mówili jeszcze nasi ojcowie.

Był tak zdyscyplinowany, że kiedy przychodziła przerwa lub obiad, wszystko się zatrzymywało – żadnego noszenia. Niedźwiedź też miał swoje zadanie: przenosił skrzynie, był silny, ogromny, brunatny niedźwiedź. Szedł i odkładał skrzynie. Ale kiedy była przerwa obiadowa, wszystko porzucał na drodze i koniec.

Mówiono, że tak było. Może trzymał go jakiś pan, kto wie. Po co płacić człowiekowi? Lepiej zatrudnić niedźwiedzia… przyjeżdżali cudzoziemcy i patrzyli, jak niedźwiedź nosi gwoździe.

* * *

U nas kiedyś zachorowała świnia, była ciężarna, spodziewała się prosiąt. Mama wysłała jej otręby. Zjadła je, doszło do stanu zapalnego i świnia padła. Padła!

Tam u nas… miejsce nazywało się Margi, gdzie kiedyś była też elektrownia, ale tylko w dole doliny, z małymi stawami i łąkami. Obok stawów. Cyganie zawsze tam jeździli wozami, wypasali tam też konie, nikt poza nimi tam nie chodził. Oni zaś chodzili też po wsi: brali, co kto dał, co się dało, czasem nawet kradli, tak było.

Poszli też do naszego ojca. Mój ojciec wziął tę świnię, wyniósł za stodołę i zakopał, bo już była zdechła. A Cyganie pytają:

– Gdzie jest mięso?

Pokazał im, wykopali je i zabrali.

– To Bóg ją zabił, nikt inny! Nie zdechła sama z siebie, Bóg ją zabił!

Zabrali świnię i koniec.

Po jakimś czasie – może dzień, może dwa – znowu przyszli Cyganie do mojego ojca, żeby został ojcem chrzestnym ich dziecka. Ojciec się zgodził i poszedł. U nas wszyscy byli ze sobą spokrewnieni: kumowie, szwagrowie, swatowie – tak to ciągle wyglądało.

Dawniej nie było radia, nic nie było, ale mój ojciec pięknie śpiewał, jak organy. Gdy zaczął, mówili: „Jeśli w Nowych Lentwarach śpiewa Zialka, słychać go aż w Didželiskės.” Miał bardzo mocny głos, znał i śpiewał wszystkie dawne pieśni żołnierskie.

Poszedł do Cyganów jako ojciec chrzestny. Gdzie odbył się chrzest – nie wiem. Moja matka nawet nie poszła na chrzest. Tam jedli mięso, pili wódkę i jedli też naszą własną świnię. A przy tym mówili: „To Bóg ją zabił!”

Śmiali się z tego, bardzo się śmiali.

Cyganie mieli wielkie pierzyny, ogromne koce. A kiedy gdzieś się osiedlili, potrafili zostać nawet miesiąc, tutaj, wśród krzaków.

* * *

Jeden z najpiękniejszych drewnianych budynków w Trokach był sklepem żydowskiej manufaktury. W tamtych czasach to była prawdziwa „wow” sprawa – pełno materiałów. Na górze mieszkała rodzina. Ich córki chodziły do tej samej szkoły przygotowawczej przy seminarium nauczycielskim. Były Żydówkami. Ja mieszkałem w mieście, one też, więc się zaprzyjaźniliśmy.

Kiedyś bardzo stanowczo mnie zaprosili: „Jest u nas Pascha, chcemy cię ugościć.” Byłem jednak nieśmiały i nie wiedziałem, jak się zachować. W końcu poszedłem. Zobaczyłem rzeźbione meble, pięknie urządzony dom, stół – pamiętam – o pięknie giętych nogach, krzesła też były ładne, z wysokimi oparciami… wszystko bardzo zadbane i eleganckie. Poczęstowali mnie nawet macą, co było dla mnie bardzo ciekawe.

Najbardziej zapamiętałem ich życzliwość: „Cieszymy się, że przyjaźnisz się z naszymi córkami, że jesteś taki szczery.” Potem zabrali mnie do swojego sklepu i powiedzieli, żebym wybrał dowolny materiał – na garnitur albo sukienkę. Wybrałem jeden, odcięli mi go, a później uszyłem z niego garnitur, który nosiłem bardzo długo.

Potem było strasznie bolesne widzieć, jak zbierano Żydów. Raz szedłem ulicą i zobaczyłem tego żydowskiego mężczyznę, u którego byłem gościem, zamiatającego ulicę z żółtą gwiazdą na piersi. Nie wolno im było chodzić po chodniku, tylko po jezdni. Rozpoznał mnie, prawie do niego pobiegłem, ale dał mi znak, żebym się nie zbliżał, bo nadchodzili niemieccy żołnierze. Po jego policzkach płynęły łzy.

* * *

W centrum Trok znajduje się zamek na półwyspie. Stąd w czasach niepodległości zbudowano most do wsi Varnikai. Po jednej stronie mostu jest jezioro Bernardinų, po drugiej Gaivė. Starsi mieszkańcy nazywali to miejsce po polsku Przewóz (po litewsku: Perkėla – „przeprawa”), tam pracował przewoźnik, który za kilka groszy przewoził ludzi do Trok i z powrotem. W czasie okupacji niemieckiej tą przeprawą wywożono ostatnich Żydów z Trok, Landwarowa i Rudziszek – ich wspólny grób znajduje się w lesie, niedaleko cmentarza w Varnikai.

W Varnikai mieszkało wiele rodzin rybackich. Przez wieś wije się brukowana droga zbudowana przez hrabiów Tyszkiewiczów. Piotras, jeden z ostatnich starych rybaków, znał wszystkie drobne nazwy wód jezior Trok i potrafił opowiadać niezliczone historie o wyspach i głębokościach. Niestety nie udało się go już sfotografować. Niech więc ten tekst będzie opowieścią o zatopionym w jeziorach książęcym skarbie, który wyniósł na powierzchnię delfin – skromnym wspomnieniem świata pełnego humoru, który charakteryzował rybaków z Trok:

»Wielu mówiło, że delfin wyniósł skrzynię. To był skarb Witolda. Ale to tylko opowieści! Mówiono, że delfin się wynurzył i wyrzucił tę skrzynię ze skarbem. Skarb był ukryty… Za zamkiem zakopano książęce kosztowności. A delfin je wydobył. I tak zaczęło się bogactwo Litwy. Litwa została podzielona między trzech synów: księcia Witolda, Mendoga i Jagiełłę. To długa opowieść i długa historia.«

Szwagierka Piotrasa, Bronė, Litwinka ze Semeliškės, pilnie przejęła od swojej teściowej historie o jeziorach trockich. Jedna z nich mówi, że każdego roku przynajmniej jedna osoba musi utonąć w jeziorach. Maria była religijną, skromną i silną kobietą. W dzieciństwie przeżyła i opłakiwała tragedię „Żydów”, jak ich nazywała:

»Tam u nas, po tamtej stronie, za jeziorem była wieś. Ludzie wspinali się na dąb. Wchodzili na dąb i stamtąd patrzyli, jak strzelają. Zdejmowali z nich ubrania, jeśli ktoś miał lepsze. Tak było – czy trafili, czy nie, seriami… i oni spadali do tego dołu. Był tam wielki rów. Naszych młodych też tam pędzili do kopania.

Potem po kilku dniach poszliśmy tam, gdy wszystko już ucichło, zobaczyć z daleka. Ziemia jeszcze jęczała. Nadal było słychać. Widok był straszny.

A dzieci prowadzono za rękę, małe aniołki, i wrzucano żywcem do rowu. Straszny widok, straszny. Nasz ojciec bardzo to przeżył. Mówił: „Pomogli mi dorosnąć, a teraz widzę ich tak… moich własnych.”

To byli Żydzi z Trok i Landwarowa. Już ich nie ma.«

* * *

W Trakai obecni byli również funkcjonariusze bezpieczeństwa („bezpeka”). Szukali „wrogich elementów” i utrzymywali dyscyplinę polityczną w powiecie. Otrzymali informację, że w Onuškis w jednym z domów zbierają się litewscy partyzanci. Uzbrojona grupa – oficerowie i milicjanci – wyruszyła samochodami, uzbrojona, w stronę Onuškis.

Ten dom jednak był pusty, niczego nie znaleźli. Wyruszyli z powrotem do Trakai, ale za Onuškis, w lesie, na drodze partyzanci podłożyli miny. Doszło do eksplozji i zginęło około dwudziestu żołnierzy, w tym kilku wysokich rangą oficerów. Wieść o tym wydarzeniu rozeszła się po całej Litwie. Zorganizowano uroczysty pogrzeb, na który przybyło wielu gości także z Wilna.

Postanowiono pochować zmarłych w centrum miasta, przy pomniku św. Jana. Jednak komunistów nie można było pochować obok świętego, dlatego zdecydowano się usunąć figurę św. Jana z pomnika. Szukano młodych ludzi, którzy zgodziliby się to zrobić. Znaleziono miejscowego młodzieńca, który w nocy potajemnie usunął posąg.

Dla wierzących mieszkańców Trakai był to wielki cios. Święty Jan był symbolem Trakai, ich patronem. Niektórzy płakali, ale później nie można już było nic zrobić – tylko się modlono. Ten młody człowiek wyprowadził się z Trakai, a jego dom do dziś stoi pusty.

Zabitych żołnierzy komunistycznych pochowano w centrum miasta, w miejscu pomnika, ale już bez figury. Była to „bratskaja mogiła” – wspólny grób wojskowy – przez ponad dziesięć lat. W okresie złagodzenia sytuacji politycznej szczątki przeniesiono i ponownie pochowano na rosyjskim cmentarzu.

* * *

W rejonie Trakai wszyscy znają Karaitę o przezwisku Munia (zdrobnienie od imienia Zigmuntas) i pamiętają zabawną scenę, kiedy jego klacz ciągnęła Wołgę przez całe miasto. Stało się to wtedy, gdy w samochodzie zabrakło paliwa.

Sam Munia wyjaśniał, że klacz była przypięta do każdego jego pojazdu: kiedy prowadził ją na pastwisko albo jechał do odległych pól za Trakai – dawnych ziem karaimskich nad jeziorem Akmena, a także do wsi Žaizdriai, skąd pochodziła jego matka. Czasem za nim biegł także źrebak.

Podwórze Muni przypomina dawne czasy Trakai, kiedy niemal każdy mieszkaniec miał ogród, zwierzęta i ciężką pracą uprawiał ogórki. Do dziś w mieście widać niejedną działkę warzywną, ale dla współczesnych mieszkańców Trakai ogród jest raczej hobby niż koniecznością.

Munia jest ostatnim Karaitą, który żyje wyłącznie z rolnictwa. Kiedyś miał nawet sześćdziesiąt trzy owce. Miał konie, krowy, świnie, kury i uprawiał ziemię. W jego podwórzu w centrum starego Trakai nie ma ani kawałka nieużytku. Traktor kupił dopiero kilka lat temu – wcześniej wszystkie prace wykonywał swoim koniem.

* * *

Za Žaizdriai znajduje się Salkininkai, a dalej Gojus. Salkininkai było dawną wsią staroobrzędowców. Oczywiście wiele się zmieniło po przesiedleniach polskich i po utworzeniu kołchozu imienia Tadeusza Kościuszki. Tam, gdzie kiedyś stały domy, dziś są pola uprawne. Tam, gdzie był kołchoz, zostały jedynie ruiny obór. Po wojnie spłonęła także drewniana cerkiew przy cmentarzu staroobrzędowców, dziś to miejsce również jest zaorane. Ma się tam wrażenie, jakby stało się w samym środku świata: tylko pola i cisza dookoła.

Na tych ziemiach spotykamy innego pracowitego człowieka – wiele mówiącego, ale oszczędnego w słowach polskiego gospodarza, Mieczysława. Raczej jego żona, staroobrzędowa Lidia, mówiła więcej – na ich gospodarstwie w Gojus stworzyli prawdziwy mały raj. Hodowla zwierząt kwitnie, pola są starannie uprawiane, wszystkie stare i nowe maszyny są dobrze utrzymane, nawet kamienie zostały pomalowane. Kiedy się spotkaliśmy, Mieczysław mielił zboże na elektrycznych kamieniach młyńskich, przygotowując się do prac wiosennych. Wszystko wygląda tak, jakby było w rękach Boga – przemyślane i harmonijne.

– On mówi w swoim języku, ja w swoim. On po polsku, ja po rosyjsku. A jednak rozumiemy się z pół słowa. Potrafimy też milczeć razem – ja zgaduję, czego potrzebuje, i mówię mu: „Zmniejsz gospodarstwo, będzie łatwiej.” A on odpowiada: „A co wtedy będę robił, siedział i pił wódkę?” Lubi pracę, a praca lubi jego.

* * *

Między jeziorami Juodikas i Purvis, za dawną wsią Pauliškės, wije się stara, kręta droga. Tam, gdzie przecina ona strumień łączący oba jeziora, stoi stary, wyschnięty dąb. Miejscowi nazywają go „Dębem diabła”, mówiąc, że tam ludzie się gubili, przewracały się wozy i działy się różne czary.

Pewien człowiek z okolicy opowiadał, że dawniej pracowali tam najemnicy z kołchozu. Gdy wieczorem wracali do domu obok starego dębu, widzieli, że diabły siedzą i ucztują pod drzewem. Dlatego prosili, aby pozwolono im wracać przed północą.

Mówiono też, że drzewo jest przeklęte: tępi ostrze siekiery, jeśli ktoś spróbuje je ściąć. Miejscowy Anatolij opowiadał, że młody człowiek, który chciał ten dąb wyciąć, został rażony piorunem i zginął.

Rybak z Troków, Janas, przywołał niezwykłą historię ze swojego dzieciństwa. Inny rybak, wracając z balu w Šulininkai, spotkał jakiegoś pana i zamienił się z nim papierośnicą. Rano okazało się, że zamiast eleganckiej papierośnicy dostał końskie kopyto.

* * *

Jadąc od strony Rykantów w kierunku Wilna drogą szybkiego ruchu, trudno nie zauważyć wielkiego dębu stojącego między pasami jezdni. Przypomina to działania ochrony przyrody z lat 80., kiedy zmieniono nawet przebieg tak ważnej trasy, aby zachować drzewo.

Po obu stronach drogi znajdują się kurhany, dlatego każdy przejazd skłania do refleksji nad życiem ludzi, którzy mieszkali tu tysiąc lat temu.

Niedługo potem zjeżdża się ze wzgórza, jakby do niecki jeziora Didžiulis. Jeśli uda się spojrzeć na krajobraz, po prawej stronie, za jeziorem, ponad polami i pasem lasu, widać wieżę pałacu w Lentvaris.

Do jeziora Didžiulis wpływa mały strumień Saidė. Tam, gdzie spada z hukiem przez kamienie do Wilii, warto go odwiedzić wczesną wiosną, gdy kwitną fiołki, a lód się topi i skrzy się w słońcu. Strumień ten łączy jeziora Didžiulis, Lentvaris, Balčio i Skaistis. Inna nazwa Saidė to Moluvėnė. Tak nazywa się również osada na północnym brzegu jeziora Didžiulis. Tam znajduje się jeden z zabytków karaimskiego dziedzictwa – widoczna z daleka XIX-wieczna kenesa.

Kenesę tę zbudowano z polecenia cara Aleksandra I na wyznaczonej działce dla wspólnoty karaimskiej. Karaimi nazywają to miejsce Maliovanka i twierdzą, że nazwa pochodzi od polskiego „malować”, ponieważ okolica jest malownicza. W okresie międzywojennym ziemie te należały do wspólnoty, a często przebywał tu jej przywódca religijny, Chadżi Seraja Chan Szapszał. Kenesa już wtedy nie działała. Nadał on temu regionowi także karaimską nazwę – Kiorklių Sala, czyli „piękna wieś”.

O Maliowance opowiadał nam trakaijski Karaim Semion – jeden z tych jasnych duchowo Karaimów, którzy na emeryturze poświęcają się historii swojego ludu, pisząc wiersze, sztuki i wspomnienia. W okresie międzywojennym organizował on wraz z innymi dziećmi pielgrzymki piesze do Maliowanki. Wraz z żoną Liudmilą z Krymu tworzą jedną z najpiękniejszych par, jakie spotkaliśmy podczas podróży: wykształceni, eleganccy, aktywni i gościnni.

* * *

Wieś Keturiasdešimt Totorių (Czterdziestu Tatarów) została założona za czasów księcia Witolda wzdłuż rzeki Vokė jako osada tatarska. Wzdłuż tej rzeki istniało takich wsi więcej. Wszystkie z niemal książkową dokładnością wymieniła miejscowa Tatarka o doskonałej pamięci, Fatima: Mereszlany, Kiszłak, Melechowcy, Kozakłary, Chazbieji, Prudziany lub Ludwinowo, Afindziewiczy.

Fatima opowiadała, że dawniej osady te nie nazywały się wsiami, lecz po polsku „okolica”. Oznaczało to osadę szlachecką. Tatarzy często podkreślają tu swoje szlacheckie pochodzenie i herby.

W Keturiasdešimt Totorių stoi meczet, otoczony cmentarzem zwanym po tatarsku mizigər. To święte miejsce znajduje się na jednym z najwyższych wzgórz w okolicy. Każdego piątku odbywają się tu modlitwy. Gdy imam śpiewa, czas jakby się zatrzymuje, a w meczecie unosi się „zapach raju”. Po wyjściu do wsi ma się wrażenie, że wchodzi się do raju: wszystkie ogrody kwitną, ludzie zapraszają do domów i panuje szczera harmonia. W wiosce wspólnie obchodzi się święta muzułmańskie i chrześcijańskie, a mówi się wszystkimi językami regionu wileńskiego.

Życie po śmierci zajmuje wielu ludzi. Według wiary muzułmańskiej los duszy rozstrzyga się już w grobie: wtedy przychodzą dwa anioły i pytają człowieka o jego grzechy i dobre uczynki. Aminija nazywała tych aniołów „pytającymi”. Mówiła, że imam ich widzi, ale nie może o tym nikomu powiedzieć. O tych aniołach opowiedziała jej zmarła ciotka, która ukazała się jej we śnie.

* * *

Fatima urodziła się w osadzie Keturiasdešimt Totorių, a jej siostra Aisa w Afindziewiczy. Dziś pozostała z tego tylko nazwa ulicy w Grigiškės i kilka domów nad rzeką Vokė. W dzieciństwie rodziny co lato przenosiły się nomadycznie z Afindziewiczy do Keturiasdešimt Totorių wraz z całym dobytkiem i zwierzętami, gdzie miały niewielkie gospodarstwo z domem z gliny i słomy. Dziś obie siostry mieszkają razem w drewnianym domu zbudowanym jeszcze w czasach sowieckich i bez przerwy potrafią opowiadać o tatarskim życiu.

[„Pytający” są z zaświatów? Duchy?] Tak, prawdopodobnie. Imam słyszy, gdy przychodzą. Ale nigdy o tym nie mówi.

Ja też śniłam o mojej ciotce po jej śmierci. Powiedziała: „Przyszli do mnie pytający i zaczęli mnie pytać, ale nie umiałam odpowiedzieć, a jeden z nich wziął coś jak maczugę i zaczął bić mnie po głowie, aż całkiem zapadłam się w ziemię.” Tak mi się śniło. Potem się obudziłam i nie wiem, jak to się skończyło.

Aisma į kalną („Pójdziemy na górę”), litewska pieśń ludowa z Żmudzi, w wykonaniu Milda Pieškutė, Julija Vilkaitė, Vilius Marma, Steponas Pilkauskas (2024)

vietiniai2vietiniai2vietiniai2vietiniai2vietiniai2vietiniai2vietiniai2vietiniai2vietiniai2vietiniai2vietiniai2vietiniai2vietiniai2vietiniai2vietiniai2vietiniai2vietiniai2vietiniai2vietiniai2vietiniai2vietiniai2vietiniai2vietiniai2vietiniai2vietiniai2vietiniai2

Add comment